sobota, 3 stycznia 2015

[Warhammer III] Wnioski o "Day Late, Shilling Lost"


Poprowadziłem "Day Late, Shilling Lost" do trzeciej edycji Warhammera. Darmową przygodę demo dostępna na stronie FFG. Poprowadziłem ją już drugi raz.

Przy okazji, pierwszy raz poprowadziłem 3 edycję dla troje graczy (zawsze trafiały sie 2-osobowe drużyny), czyli docelowej grupy.

Nie ma co owijać w bawełnę, przygoda po prostu nie ma fabuły. Albo inaczej, fabuła jest prosta jak linia prosta nieskończona, railroadingowa do kwadratu, i sprowadza się do walki, kolejnej walki, do konfliktu społecznego i do zakończenia przygody. Aż tyle. I... nie spodziewałem się, że aż takie spłaszczone biedactwo zajmie tyle czasu.

Pierwsza uwaga - przygoda jest przeznaczona dla 3 lub 4 przygotowanych odgórnie pod tą przygodę bohaterów. Należy tutaj zauważyć, że dwoje z tych bohaterów to niezłe kozaki w nawalaniu (strażniczka dróg i zabójca trolli). Moja drużyna (łowca nagród, hiena cmentarna i uczeń czarodzieja), zaś aż tak bojowa nie jest (jeszcze). przez to walki trwały w moim przypadku dłużej, i wyglądały na bardziej niebezpieczne dla bohaterów.

Druga uwaga - mała duperela, ale przygoda rozgrywana jest w okolicach Ubersreik. Jest to miasto które przynajmniej kilka razy odgrywa ważną rolę w oficjalnych przygodach do III edycji. Tym samym bez większych zmian łatwo mi było połączyć tą przygodę z "An Eye for the Eye".

Po trzecie - narzucone postacie mają swoje powody, by wyruszyć na poszukiwanie zagubionego dyliżansu. Czyli dla swoich graczy trzeba wymyślić jakiś inny sensowny powód. Właściwie przygoda sama w sobie na chama wysyła nagle bohaterów na poszukiwanie spóźnionego dyliżansu i znalezienia bandy zwierzoludzi. To, co może działać w demie służącym do zapoznania się z mechaniką, to jednak słabo przechodzi na normalnej sesji z symulacjonizmem w tle. Dałem więc powód, dałem też inny znak, że jest coś nie tak (i jak przystało na logikę filmów porno, znaczy logikę przygód, nikt ze straży nie chciał iść sprawdzić, co się dzieje z dyliżansem). Ot, samo erpegowe życie. I się zastanawiałem, czy drużyna się skusi, czy oleje. Skusiła się! Była więc przygoda. Ojej, fanfary, przygoda na torach się odbędzie!

Cztery. Walki. Pierwsza część, czyli walka Gor + 3 Ungory była prosta. Była nawet szybka w porównaniu do później 70 minutowej walki (powolność tutaj wynikała głównie z nauki systemu). Kłopoty się zaczęły przy drugiej części, kiedy to wyszedł Wargor. Bydle to jest nad wyraz żywotne z nad wyraz dużymi wyparowaniami, większość ran jakie w niego wchodziły były za 1. Sam zaś jak przywalił, to urywał łeb przy samej przysłowiowej dupie. Drużyna ledwo to przeżyła z jednym KO i trzema krytykami.

Po piąte - konflikt społeczny. Nie rozegrałem go. W oryginale jest gruby kupiec, który ma coś ważnego, co chcą bohaterowie. Tylko, że dla mojej drużyny było to bezsensu. Pierwszy raz jak prowadziłem kiedyś przygodę, to chodziło o to, by kupiec otworzył po prostu ten cholerny powóz, w którym się zabarykadował. Rozegrane to było na tych samych zasad, co proponuje oryginalna przygoda. Było to jednak głupie, nudne, mało ciekawe, i dawało dużą niewiarę w zaistniałą sytuację. Osobiście więc darowałem to sobie przy obecnym drugim prowadzeniu. Dodatkowo zamiast grubego kupca, wrzuciłem trzy młode szlachcianki, z którymi drużyna nie musiała się tak męczyć, jak z oryginalnym Klausem von Rothsteinem.

6. Nie będzie. To już koniec. Nie ma nic więcej ciekawego w tej przygodzie. Tutaj się kończy to coś.

Należy to rozegrać tylko jako demo.

6 komentarzy:

  1. Heh.
    Pisałeś, że jeśli gracze złapią "logikę filmu porno" i dziabną haczyk to będzie przygoda. W sumie dość dziwnym zbiegiem okoliczności pisałem dzisiaj na podobny temat - railroading railroadingiem, ale gracze wiedzą, że przyszli grać sesję, więc jak coś jest nie tak to warto się tym zainteresować, bo to na 100% zahaczka do przygody. Gracze, którzy kręcą nosem na kolejne "nieścisłości i wątpliwości" bo "ich postać by się tym nie zainteresowała" albo "oni tylko odgrywają swojego bohatera" to buce. Konwencja obowiązuje wszystkich.
    A jeśli chodzi o konstrukcję dema, to może lepiej,że taka a nie inna. Nawet niedoświadczony MG pójdzie od sceny do sceny mówiąc "a teraz dowiemy się jak działa w tym systemie chodzenie do wychodka" i wszyscy gracze mają nagle niestrawność po wizycie w karczmie choćby tylko pili w niej piwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Gracze, którzy kręcą nosem na kolejne "nieścisłości i wątpliwości" bo "ich postać by się tym nie zainteresowała" albo "oni tylko odgrywają swojego bohatera" to buce. Konwencja obowiązuje wszystkich."

      Lekko rzucasz tymi bucami. Tymczasem wszystkich obowiązuje ni mniej, ni więcej, tylko to, na co się umówiliśmy przed grą. A nie jakaś mistyczna konwencja siedząca w głowie MG, którą nie raczył się podzielić.

      Może kolega po prostu ma ubogie doświadczenia z RPG, więc spieszę donieść, że jest wiele takich gier/sposobów grania, w których konwencja jest taka, że najważniejsze jest to, co robią postacie graczy a nie scenariusz fapującego nad nim MG.

      Dlatego jeszcze raz: bucem jest ten, kto nie przestrzega tego, na co się umówił oraz bucem jest ten, kto oczekuje że inni domyślą się tego, na co zapomniał się umówić.

      Usuń
    2. O, widzę, że kolega jednak obeznany (fajny tekst o fabule w sandboksie!). Tym bardziej dziwi takie stawianie sprawy.

      Usuń
    3. Pospiesznie wystawiłeś mi łatkę drogi kolego. Spieszę zatem z kontekstem - konwencja obowiązuje wszystkich, jesli zatem MG zaprasza na sesję bo przygotował scenariusz, a system nalezy do takich gdzie gra toczy sie według scenariusza, to ignorowanie zahaczek do przygody jest faux pas RPGowego savoir-vivre.

      Moj komentarz gdzie szczodrze rozdawalem tytuł buca odnosił się ściśle do konkretnego akapitu wpisu beamhita i ściśle do mojej wczorajszej notki o graniu po sznurku. Nie reprezentuje on całości moich RPGowych poglądów, bo te zawsze są kontekstualne w stosunku do konkretnej gry czy nawet sesji. Relatywne mozna by nawet powiedziec...

      Są sytuacje gdzie tytuł buca przysługuje MG - na przykład w inSpectres, kiedy nagina elementy narracji gracza i zmienia w nich szczegóły by pasowały do jego wizji, czy w sandboksie gdzie rozpisuje sobie przed sesją każda pozycje tabeli plotek na scenariusz nie biorac pod uwage kontekstu sytuacyjnego i pozycji graczy w trakcie wylosowania danej pozycji.

      Inna rzecz, ze to sklania do dyskusji na temat jakosci scenariusza, gdzie zahaczki walą w twarz,a ich zignorowanie rozwala całą sesje. Ale to dyskusja na inny czas...

      W związku z czym proszę o kredyt zaufania i odrobinę dobrej woli, oraz o interpretowanie moich wypowiedzi w konkretnym kontekście w jakim się pojawiły.

      I dzięki. Nad tekstem o sandboksie pracowałem jakiś czas, wiec ciesze sie ze sie podoba - niemniej jednak zawarte tam uwagi wciąż aplikują się tylko i wyłącznie w konkretnym kontekście.

      Usuń
    4. Ok, przepraszam, zbyt pochopnie wyskoczyłem z komentarzem.

      Usuń
    5. Akurat jeżeli chodzi o tą pseudoprzygodę (która praktycznie mnie ma żadnej konstrukcji, i równie dobrze mógłby to być "random encounter" podczas podróży), to problem był zerowy, gdyż i tak była przygotowana jeszcze druga przygoda. Ale że drużyna polazła tutaj, to druga przygoda będzie na kolejnej sesji (już zaczęliśmy ją ostatnio).

      Z ciekawostek, kiedy wyszedł Wargor, jeden z bohaterów po prostu chciał spieprzać, reszta chciała bohatersko ratować ludzi zamkniętych w dyliżansie, więc sam do końca nie wiedziałem, co się wydarzy w tym momencie.

      Usuń