piątek, 7 listopada 2014

[Blood and Smoke] Dramatis Personae - Silas


Każda historia ma jakiś początek, a ta zaczęła się kiedy poznałem doktora Osmunda Saddlera.

Żyłem na krawędzi społeczeństwa, jak wielu mnie podobnych. Bezdomne włóczęgi, żule i kloszardzi byli moimi towarzyszami. Każdy dzień to była walka o przetrwanie, przeszukiwanie resztek pozostawionych przez innych, żebranie, zastraszanie, czasami kradzież czy rozbój. Tak, byłem tym facetem od którego na co dzień odwracacie wzrok. Udajecie, że takich jak ja nie ma. A my tu jesteśmy i obserwujemy wasze życie. Patrzę więc na skorumpowane psy, które dla zabawy czasami zatłuką któregoś z nas. Na szemranych polityków, którzy zapuszczają się w ciemne uliczki dla swoich szemranych przedwyborczych planów. Na bogate dzieciaki które niczym stado hien bawi się kosztem najsłabszego ogniwa. Na biedne dzieciaki, które zamiast uczyć się w szkołach, dają dupy na ulicy. Na cholernych aktywistów, złotoustych ludzi kościoła z czarnymi sercami, samotne nieletnie matki i stare kurwy, białasów i czarnuchów, pedały i konserwy. Patrzę na was. A wy w pogardzie odwracacie wzrok.

Jest jednak coś, co wyróżnia mnie od innych dziadów z ulicy. Jestem wielkim facetem, takie dwa metry ścierwa z rynsztoku. Duży, silny, wytrzymały. I to przesądziło o moim losie.

Człowiek zwany Osmundem Saddlerem przybył w nocy. Wypatrzył mnie. Był jak pająk, którego interesuje tylko wyjątkowo tłusta mucha. Zamiast jednak mnie pożreć na miejscu, złożył mi propozycję.

Zabierał mnie do jakiegoś laboratorium. Tam mnie mył, doprowadzał do porządku, dawał trochę kasy, karmił dobrze. A później faszerował różnymi specyfikami. Mówił, że to dla dobra ludzkości. Tak, jasne... Ale miałem to gdzieś, bo jak nie masz nic, to za ciepłą stawę przehandlujesz swoją duszę.

Ale coś poszło nie tak.

Pewnej nocy jak ten kretyn trafiłem w sam środek wymiany ognia. Z jednej strony byli chłopcy trochę bardziej czarni, z drugiej trochę bardziej biali. Krew obydwu grup była jednak tak samo czerwona.

Mogłem uciec. Mogłem się schować. Ale zebrało mi się na bohaterstwo. Bo nie byłem tu jedynym kretynem, który trafił w niewłaściwe miejsce o niewłaściwym czasie. Była też tam ona, jedna z wielu nieletnich dziwek sprzedających się na ulicy.

Czyli zamiast uciekać, rzuciłem się na nią, by powalić przed serią z jakiejś broni. Nie wiem dlaczego to zrobiłem. Może dlatego, że zawsze w głębi serca byłem jebanym dobrym facetem?

Mój plan powiódł się połowicznie. Kule nie sięgnęły jej. Sięgnęły mnie. Żegnaj okrutny świecie. Ale nie dane mi było od razu wyzionąć ducha. Jak mówiłem, byłem duży, silny i wytrzymały, a jak teraz się nad tym zastanawiam, również specyfiki Saddlera swój udział w trzymaniu mnie przy życiu. Mogłem jeszcze wstać i odejść gdzieś zdechnąć w jakiejś ciemnej uliczce. Ruszyłem więc gdzieś, gdziekolwiek, trochę otępiały. Dopiero po pewnym czasie skapnąłem się, że nie jestem sam. Pod moim ramieniem ktoś jest i pomaga mi się dostać do jakiegoś opuszczonego budynku. To dziewczyna spłacała swój dług. Aż się wzruszyłem, bo myślałem, że już nikt nie spłaca długów w tym cholernym Mieście.

Padłem gdzieś pod ścianą i robiłem to, co w tamtej chwili umiałem najlepiej, czyli wykrwawiałem się jak zarżnięty prosiak. Dziewczyna mi podziękowała i pomogła zapalić mi ostatniego papierosa. Pogadaliśmy trochę o tym, jakie to życie jest chujowe. A później zrobiła najdziwniejszą rzecz, jaką mogłaby zrobić nieletnia dziwka z umierającym dwumetrowym kloszardem. Powiedziała, że umili mi drogę do nieba.

Dziewczyna była Loco.

Zaczęła mnie całować i dotykać po kroczu. Wyciągnęła go i zaczęła mnie dosiadać. To naprawdę dziwne i pojebane uczucie, kiedy połowa krwi wypływa z ciebie na podłogę, a druga połowa krwi pompuje ci się w kutasa. Umierałem w bólu, ale dziwnie szczęśliwy.

Jakby napisał jakiś nędzny poeta - Doszedłem i odszedłem.

Umarłem.

Dnia trzeciego zmartwychwstałem.

Leżałem przerażony i zimny jak trup, w kałuży zaschniętej własnej krwi, nad którą brzęczały muchy. Najwyraźniej nikt mnie tutaj nie znalazł, a dziewczyna mnie po prostu zostawiła. Nie dziwię się jej, bo i co miałaby robić z dwumetrowymi zwłokami. Przynajmniej w ostatniej posłudze fajfusa mi schowała, więc nie wyglądałem przekomicznie.

Nie śmiejcie się, najpierw pomyślałem, że jestem jakimś nowym Synem Bożym. Metodą prób i błędów, pomyłek, sparzenia się na słońcu i walki z własnym dziwnym głodem i chęcią wpadnięcia w szał, w końcu zrozumiałem, czym jestem. Zostałem jebanym Wampirem.

Nie byłem długo pozostawiony sam sobie. W towarzystwie mnie podobnych pojawił się Osmund Saddler, mój Rodzic. Byłem bardzo niechcianą niespodzianką dla tego utalentowanego Nosferatu z Ordo Dracul. No wiecie, to tak jak facet się po latach dowiaduje, że kondom miał tamtej nocy dziurę. Mój nowy stary dość jasno wyperswadował mi wszystko co i jak, przekazał sensownie brzmiącą tradycję i prawa jakie funkcjonują wśród wampirów. Pozwolono mi żyć, ale dano mi jasno do zrozumienia, że jestem wyrzutkiem, pariasem, bezdomnym kundlem, i bym trzymał się z dala od reszty. Bo inaczej umrę, tym razem naprawdę.

Jak żyłem, ojciec mnie porzucił. Trwałem na uboczu. Byłem wyrzutkiem. Jak zacząłem nieżyć, nowy ojciec mnie porzucił, zacząłem trwać na uboczu, zostałem wyrzutkiem. Nic nowego.

No prawie nic nowego. Spotkałem tą dziewczynę, i teraz się nawzajem wspieramy. Potrzebujemy się wzajemne, chociaż nasze relacje nie zawsze dobrze się układają. Trudno być ojcowską figurą dla kogoś, kogo przeleciałeś przed swoją śmiercią. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

Każda historia ma jakiś koniec, ale ta jeszcze się nie zakończyła.

I pamiętajcie. Dalej was obserwuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz