poniedziałek, 15 września 2014

[Recenzja] Sin City 2


Musieliśmy czekać 9 lat na kontynuację Sin City. Zdania co do filmu są jednak podzielone, o biust Evy "wybieram głównie role bardzo złych" Green z plakatu toczyły się boje i gównoburze, krytycy są oburzeni, jak tam można tyle bezsensownej przemocy uwalić w filmie. Ale moim skromnym zdaniem warto było czekać.

Jedynka mi się podobała, ale historia Dwighta (The Big Fat Kill) osobiście mnie przynudzała. W drugiej części historie są jak dla mnie bardziej wyważone względem siebie, ale z pierwszo-częściowymi historiami "The Hard Goodbye" i "That Yellow Bastard" może się równać tylko "The Long Bad Night". Zresztą Joseph Gordon-Levitt wyszedł w swojej roli kapitalnie.

Jako, że historie nie są chronologicznie przedstawione, powróci kilku starych znajomych (Mickey Rourke wraca jako ukochany przez wszystkich Marv, wraca też Jessica Alba jako mała śliczna Nancy (i dostaje swoją historię "Nancy's Last Dance"), jest też Dwight z nową twarzą (i moim zdaniem Josh Brolin wypada lepiej od swojego poprzednika), powróci też kilka postaci w rolach epizodycznych (Bruce Willis powrócił jako Hartigan, pojawiają się pannice ze Starego Miasta, czyli Gail, Miho, Goldie/Wendy), kilka epizodycznych postaci z pierwszego Sin City wraca w większych rolach (Bob i Mort, Manute). Nad wszystkim króluje złowieszczy Senator Roark (rolę powtarza Powers Boothe).

Oczywiście, pojawiają się nowe role i nowi aktorzy, którzy dają radę. Joseph Gordon-Levitt jako Johnny jest kapitalny, tak jak i jego historia. Eva Green jako tytułowa "A Dame to Kill For" (którą to częściej na ekranie podziwiamy w pełnym negliżu, niż ubraną) to klasyczna femme-fatale, piękna, przyciągająca kłopoty, zwodnicza. Cieszy epizodyczna rola Christophera Lloyda. Nawet Lady Gaga daje radę.

A tak mamy typową brutalną historię (Neo)Noir, której to mało uświadczymy w obecnej kinematografii (okey, przynajmniej ja nie zauważam). Opowieść o pożądaniu, zemście, i o tym że w takim miejscu jak (Ba)Sin City nie ma czerni i bieli (mimo, że wizualizacja mówi nam coś całkiem innego). Mocne kino bez pardonu. Jest ten film jak Dwight, który wali swoją byłą w pysk, a później się pieprzą. I jak w jedynce, Happy Endy są bardzo umowne.

Jeszcze raz - polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz