wtorek, 5 sierpnia 2014

[Recenzja] Guardians of the Galaxy


Panie i Panowie, oto przed wami Strażnicy Galaktyki. Najfajniejsza zbieranina przegrywów i buł we wszechświecie. A przy okazji, chyba najbardziej erpegowy film tego roku.

Na wstępie - fabuła tak sztampowo erpegowa, że powinno to skreślić film na wstępie. Ot, jest sobie super artefakt, którym nikt się nie interesował, dopóki nie zrobił tego jeden z bohaterów graczy. Tfu, filmu. Znaczy sam się nie zainteresował, tylko dostał questa na odnalezienie cacuszka. Ale.jednak nie skreśla to filmu.

A dalej... A dalej mamy uniwersalną historię, która mogłaby się nazywać Star Wars XII: Guardians of the Galaxy, But Not Jedi albo Mass Effect the Movie. Nawet nie trzeba by było wizualnie zbyt dużo zmieniać. Ale to też nie skreśla tego filmu.

Mamy 5 głównych bohaterów, i aż dwoje z nich to komputerowo wygenerowani bohaterowie. Och nie, przecież kolejne klony Jar-Jara powinny też skreślić ten film. Nie skreślają. Bo i nie są klonami.

Co do bohaterów, są oni... Różni. Przy czym, jakkolwiek nasz ziemski superhiros powinien grać pierwsze skrzypce, i na ekranie powinien być w 90% scenach, to... To całe szczescie nie jest. Każdy z bohaterów jest pełnowartościowym członkiem załogi, i każdy ma nie tylko swoje 5 minut, ale ma dla siebie prawie cały film. Dobrze się dzielą czasem antenowym.

Dobra, nie pierdzielę już. Słów kilka o bohaterach.

Star-Lord to ziemska sierota wychowana przez zbieraninę kosmicznych wyrzutków. Lata dziecięce więc spędzał na tym, by nie zostać zjedzonym przez tą zbieraninę. Jak widać, stara maksyma się sprawdza - wszystko co ciebie nie zeżre, tylko ciebie wzmocni. Pewnego dnia postanawia jednak dać dyla z wesołej ferajny ludożerców.

Gamora to też sierotka, ale jest zieloną twileczką. Tfu, kosmitką. Wychował ją jakiś Hut na zabójczynię. Tfu, jakiś Thanos. Szuka jednak odkupienia.

Drax Niszczyciel to wielki prosty wojownik o twarzy Pudziana. Wdowiec. Córkę też stracił. i to z ręki mrocznego lorda Sithów niejakiego Ronana Oskarżyciela. Znaczy z ręki jakiegoś pseudo-galaktycznego-terrorysty. Czy coś w ten deseń. Żyje dla zemsty i nie kuma przenośni słownych.

Groot to humanoidalne drzewo. Znaczy drzewiec. Znaczy kolejny wspaniały pomysł Disneya na kolejną zajebistą postać do Star Warsów. Dzieci pokochają tego Jar-Jara! Dobra, jaja se robię oczywiście. Groot to typ niewinnego mordercy. Wielkie serce, ale i też potęga. Taka, że łeb odpada przy kostkach. Żyje dla Rocketa.

Rocket.


I tutaj się zatrzymamy na trochę dłużej. Widzicie drogie dzieci, Rocket jest szopem. Humanoidalnym szopem z wielką spluwą. Całe jakieś 70 centymetrów futerkotowatości. Jest całkowicie wygenerowany komputerowo, jak Jar-Jar. Tylko że ten malec nie jest tutaj po to, by być (nie)śmiesznym idiotą. Jest tak prawdziwy i tak przekonywujący, że jest gwiazdą tego filmu. Mógłby być człowiekiem, ale jest szopem. Jest wygadany, sprytny, ma smykałkę do mechaniki, złości się czasami, szczerze się śmieje, zalewa robaka, płacze kiedy jest przybity, czasami ma złe dni, i jest przy okazji największym trollem w historii ekranizacji komiksów. Jasne, był Królik Roger, Jar-Jar, Ted czy inne Optimusy Prime. Ale w moim odczuciu to pierwszy film, gdzie nieprawdziwy aktor (tak, wiem że głos podkłada mu Bradley Cooper, ale chyba wiecie o co mi chodzi) wypada lepiej od swoich żywych kolegów po fachu. I jeżeli ktoś się zastanawia, czy warto obejrzeć film - to Rocket sam w sobie jest dowodem, że warto.

Inna fajna sprawa. Nie ma tutaj Sam Przeciw Wszystkim. Nasi bohaterowie mają niezłe zdolności, ale nie jest to poziom superbohaterstwa jak w innych Marvelowskich produkcjach. By wygrać, nie tylko muszą liczyć na siebie i swoją małą grupę, ale też na innych.

Film ładny wizualnie, dobre sekwencje walk (zwykłe, jak i kosmiczne), zaliczyłem w 2D.

Okey, by nie było tak kolorowo (IMO). Główni źli są do dupy (to już postacie neutralne, jak Kolekcjoner i Yondu, czy nawet drugoplanowi jak Saal i Dey mają więcej w sobie, niż Oskarżyciel). Dobrze, że złych nie oglądamy za często. Star-Lord i Gamora zaś są tylko okey. Drax, Groot (w tej roli Vin Diesel, mistrz onelinerów) i Rocket po prostu są... fajniejsi pod każdym względem. Fabuła jest prosta jak drut. Więcej grzechów nie pamiętam.

A tak, po napisach jak zwykle wstawka. Jak to u Marvela.

Dobra, a teraz na koniec erpegowo. Tak powinna wyglądać wstępna sesja do Edge of the Empire (ale pojawiły się też głosy, że do Nemesis). Kurde, jest drużyna, lata jednym statkiem (i ten statek ma swoją nazwę), i każdy z nich ma zobowiązania. Dokładnie jak w EotE. I te zobowiązania w ten czy inny sposób im przeszkadzają. Moje typy:

Star-Lord - Betrayal (wyruchał swojego szefa, i to nie seksualnie)
Gamora - Bounty (każdy chce ją zabić)
Drax Niszczyciel - Obsession (dla zemsty zrobi wszystko)
Groot - Responsibility (chroni przyjaciół za wszelką cenę)
Rocket - Criminal (uciekł z 22 więzień...)

Ciekawe, czy jak ktoś obejrzy film i zna przy okazji EotE, to czy się zgodzi ze mną ;)

2 komentarze:

  1. hah, kurde, bardzo fajne odniesienie do SW - choć przyznam się, że też mi się ten film kojarzy ;)

    zobowiązania raczej pasują :D

    /Prowler

    OdpowiedzUsuń