piątek, 25 lipca 2014

Beamhit Zalicza - The Culling of the Cows


Przed chwilą po dwóch godzinach (łącznie, nie to że tracę w jednym rzucie czas na pierdoły), przeszedłem The Culling of the Cows. Małą pierdołę, która gdyby wyszła na C-64 albo Amigę miałaby dziś pewnie status kultowej. A tak ma co najwyżej status kolejnej (prawie) flashowej gierco-pipidówy.

Fabuła taka - Bóg, w postaci Pythonowego Palca Bożego, każe ci zabijać zombie. Głównie hordy zombie-krów.

Stoisz więc zazwyczaj swoim dziadem po lewej (a stoi on ze swoją wierną strzelbą), a z prawej lecą na ciebie mruczące szarżujące krowy-zombie, krowy-terroryści-zombie, pijane-zombie-krowy, i czasami jakiś przedstawiciel homo-sapiens-zombie-version.


Oczywiście, na każdej planszy możesz za swoje marne grosiwo dokupić ulepszenie dla swojej Starej Betty (bo pewnie strzelba jakoś tak się nazywa), w postaci innej amunicji czy szybszego przeładowywania. Od czasu do czasu Bóg ześle ci paczkę z małym prezentem. Również możesz korzystać z pomocy w postaci helikoptera, mini bomby atomowej, czy rębaka. Tak właśnie wygląda większość etapów.

Innym nudnym etapem jest ten, gdzie dziad siedzi w szopie i nawala w hordę zombie. Ten etap jest nudnym celowniczkiem, i chociaż pojawiają się tutaj różne rodzaje broni palnej, to jest nuuuuuuudno. Pisałem już, że jest to bardzo nudny etap? Nie. No to napiszę - nuuuuuuudy.

Ostatni rodzaj to walka z bossem, a takich etapów jest w grze 2. Pierwszy to zombie-bóbr, natomiast drugi to nazi-spodek-from-dark-strona-of-księżyc. I tyle. Dwie godziny (zawodowi gracze, którzy nie sa takimi każualami jak ja, pewnie zalicza w godzinę) z życia stracone w quasi-flashowej gierce. Chociaż grałem w gorsze gnioty.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz