sobota, 8 lutego 2014

[Raport] Wolsung - Przygody Detektywów #01

Zagrałem sobie w Wolsunga. Graliśmy w 4 osobowej ekipie, gdzie mogłem sobie zagrać po drugiej stronie barykady (czyli jako gracz oczywiście). Grałem Schuyler Hoenbroeck, a towarzyszył mi Hans Kuger oraz Lady Elizabeth Jane Loxley de domo Cavendish. Znaczy od wstępnych rozpisek Schuyler i Hansa pozmieniało się kilka detali mechanicznych, natomiast lady Elizabeth to młoda mężatka, bogata dama, której to mąż szlaja się po koloniach, a sama zaś jest detektywem amatorem. I włóczy się za nią wierny golemiczny pies.

Akcja rozgrywała się w Lyonesse. Wszyscy zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie dobroczynne czcigodnego Donatiena Farheina z Czarnoborzy. Każde z nas było w jakiś sposób z nim powiązane (moja postać zrobiła mu dwa srebrne rewolwery z rękojeściami z macicy perłowej, Donatien zaś był wielkim wielbicielem prac Anette Schröder (sprawę jej morderstwa rozwiązał Hans), a ostatnio odkupił pewną posiadłość od lady Elizabeth). Towarzyszył też nam pewien krasnoludzki weteran ze Sławi, Wojsław i jego szabelka Berta.

Postacie się trochę zapoznały, chociaż doszło do incydentu, gdy jeden z niziołków obsługujących przyjęcie rozlał wino na suknię lady Elizabeth. Ta gdy poszła wyczyścić suknię przy specjalnej maszynie, stwierdziła że większość obsługi zachowuje się tak, jakby dopiero poznawało tajniki bycia służącymi.

Hans zręcznie zaczepił młoda elfią pannę (lady Calaya Nire). Zaczęli ze sobą tańczyć i rozmawiać o całym tym balu dobroczynnym (smutna historia o osieroconych małych gorylach) i mieć się trochę ku sobie. Na pożegnanie lady wypaliła magicznie na ręce Hansa swój adres.

Schuyler w tym czasie towarzyszyła Wojsławowi, i próbowali kolejnych drinków. Po wypiciu czegoś różowego jednak odpłynęła w jakimś hipnotycznym letargu. W końcu jakiś służący ją ocucił, i w raz z Hansem i lady Elizabeth udała się na spotkanie z Donatienem.

Tam czcigodny Farhein powiedział, że ma pewną sprawę. Otóż bardzo sławny wynalazca, profesor Teodor Nemor, prosił go o pomoc w odnalezieniu pewnego skradzionego wynalazku. Chwilę później (gdy dostaliśmy też dziwny cylinder, który to mógł aktywować wynalazek, lub go całkowicie dezaktywować) doszło do serii wybuchów i strzelania, i trzeba było natychmiast się ewakuować. Donatien, jak na dżentelmena i gospodarza przystało, postanowił osłaniać nasze wycofanie się, bo nie dał się przekonać (kiepskie rzuty) by nam towarzyszyć. Tak nasi bohaterowie uciekli do kanałów, miejsca bynajmniej nie przeznaczone dla dam i dżentelmenów.

Trochę się włóczyliśmy, i już mieliśmy wyjść na rzekę, ale na drodze stał nam najprawdziwszy krokodyl w kanałach. Okazało się, że ma obrożę z napisem Dundee (z drugiej strony był adres właściciela), i reaguje na to imię. Jakoś obłaskawiliśmy zwierza, i zaczął za nami iść jak wierny psiak.

Dundee pomógł nam wyrwać kraty z wyjścia na wolność. Hans posadził też Schuyler okrakiem na gadzie, i dało się o dziwo go ujeździć. Dobrze, że była już noc :)

Gad jednak nie zważając na swojego jeźdźca, wskoczył do rzeki. Hans z lady Elizabeth zasiadł do łódki. I tak zaczęliśmy płynąć gdzieś do miejsca, gdzie mogliśmy wyjść na suchy ląd. Ale nagle za nami pojawiła się łódka z trzema trollami, braćmi Baltonami. Mieli jakieś urządzenie namierzające na nasz wałek. I tak rozpoczęła się epicka gonitwa na dwie łódki i krokodyla (Yip! Yip!).

W końcu, jak już wypadł ostatni troll za burtę, mogliśmy odpocząć. Wyłowiliśmy jednego (wyglądał na szefa, i krzyczał że pływać nie umie). Hans skutecznie go przesłuchał. Znaczy i tak niewiele się dowiedzieliśmy, tylko tyle, że ktoś bardzo dużo płaci za ten klucz. Odstawiliśmy przestępcę policji, sami zaś udaliśmy się do siebie (po uprzednim odstawieniu zguby niziołkowi sir Stevenowi Irwinowi). Znaczy lady Elizabeth do swojej posiadłości, a Schuyler i Hans do hotelu.

W hotelu od Wojsława dowiedzieliśmy się, że nic się stało czcigodnemu Farheinowi. Po dżentelmeńskim napiciu się slawijskiej wódki (przypominam, że Schuyler udaje cały czas mężczyznę), Hans postanowił jeszcze odwiedzić swoją elfią znajomą, zaś Schuyler dzielnie piła z krasnoludem (dopóki nie doszła do limitu).

Hans i lady Calaya się spotkali przy jej posiadłości. Była rozmowa, padanie w ramiona, i chwalenie się na temat "morderczej walki z krokodylem w kanałach". Lady Calaya zaprosiła naszego wotańskiego twardziela do środka, gdzie powiedziała też, co ją dręczy. Podejrzewała, że coś opętało jej ojca, i kazało przelewać gdzieś duże sumy pieniędzy. Z materiałów jakie Hans uzyskał wywnioskował, że ktoś przy pomocy dziwnych drewnianych fetyszy przejmuje nad nim kontrolę, i jedynym skutecznym sposobem było zniszczenie tych fetyszy. Fetysze wylądowały w kominku, a elfia panna w ramionach twardego detektywa. Gdy usnęła, on jak na dżentelmena przystało, delikatnie ułożył ją w jej łożu, a sam wrócił do hotelu.

Na drugi dzień lady Elizabeth miała nieoczekiwanych gości. Dwoje pozostałych braci Baltonów naszło ją, i chciało wyciągnąć informacje o tym, gdzie jest "klucz". Wmówiła im jakąś bajeczkę, ci więc w piwnicy przywiązali ją zakneblowaną do krzesła, i ruszyli pod nieistniejący adres.

Panienka w opałach przywiązana do krzesła - klasyka.
Całe szczęście, do jej posiadłości dotarł Hans i Schuyler. Uwolniliśmy ją, i w trójkę ruszyliśmy za poszukiwaniem Baltonów. Chcieliśmy z nimi porozmawiać jak dżentelmeni z dżentelmenami, ale ci okazali się prawdziwy złoczyńcami i sięgnęli po broń. Szybko jednak się skończyło, gdy Hans prawym sierpowym powalił jednego na ziemię, zaś Schuyler celnym strzałem w szyld, ogłuszyła go na ziemi. Drugi się poddał, i dołączyli więc do brata w pace (fajna rozmowa z konnym konstablem).

Bez problemu ruszyliśmy odwiedzić gnomiego profesora (członka Klubu Wynalazców) Teodora Nemora. podczas rozmowy okazało się, ze podsłuchuje nas jego służący, jakiś ork. Ten postanowił się ulotnić przez okno i pognać na jednośladzie gdzie pieprz rośnie. Myśmy szybko wpadli do jakiego paramobila prototypowego, i ruszyliśmy w pogoń.

Pogoń się skończyła, kiedy Hans pochwycił orka i wciągnął go do samochodu. Po przesłuchaniu dowiedzieliśmy się, że ork służy jakiemuś wampirowi, oraz podał gdzie mniej więcej można poszukać jego pana. Odstawiliśmy jak zwykle kolejnego łotra policji. Odstawiliśmy też trochę poturbowany prototyp profesorowi. Tam też przekonaliśmy, że należy zniszczyć prototyp (mój rzut: 44!). Schuyler też urosła, jak profesor mówił o niej (znaczy o "nim"), ze jest kwiatem przyszłej nauki, i że być może kiedyś dostąpi zaszczytu wstąpienia do Klubu Wynalazców. To bardzo połechtało Schuyler.

Udaliśmy się do pewnego zamczyska nad którym unosił się sterowiec z dziwną (i niebezpieczną machiną). W końcu doszło do spotkania z wampirem elfem, który chciał zniszczyć Lyonesse (wyjątkowo dobrze byłem przygotowany do tego spotkania, miałem dwa jokery na ręce).

Dowiedzieliśmy się, ze nieszczęśnik obwinia mieszkańców miasta, o to w co został zamieniony. proponował przyłączenie się, fortunę, i inne możliwości. Zaczęliśmy więc przekonywać go, by jednak nie niszczył miasta. Wyszła fajna gadka z mojej perspektywy. Wampir powoływał się na to, że teraz nikt go nie zaakceptuje, bo jest potworem (przypominał bardziej Nosferatu, niż elfa). Schuyler zaczęła go przekonywać, że warto jednak się nie poddawać się i walczyć z przeciwnościami losu, oraz to, jak inni nas spostrzegają przez nietolerancyjne stereotypy. W tym momencie wampir dostrzegł, że Schuyler to dziewczyna. Powiedział więc, że jestem bardzo mądrą... kobietą. Reszta się zdziwiła, wampir zaś oddał sterowanie do sterowca i odszedł spać dalej.

Wymontowaliśmy urządzenie i przetopiliśmy je w jakiejś hucie. Na koniec Hans i lady Elizabeth zaczęli się o mnie kłócić ("dama nie powinna tak się ubierać, powinna zamieszkać u mnie" - "ma do tego prawo, jeżeli chce, może robić to, na co ma ochotę"). W tym momencie starożytny wampir wykonał ostatni gest i wymazał tą informację z umysłów moich towarzyszy (tylko Schuyler pozostała świadoma). I kiedy Hans i lady Elizabeth tak patrzyli na siebie, i nie wiedzieli już o co się sprzeczają, Schuyler wyszła sobie i szepnęła po cichu "dziękuję". Gdzieś tam szedł zaś po suficie pewien wampir, który uśmiechał się do siebie...

I tyle :) Wnioski w następnej notce, bo późno jest (a jutro Star Wary mnie czekają). Było ogólnie bardzo fajnie, a należy zauważyć, że to była pierwsza sesja tego mistrza gry :)

2 komentarze:

  1. "należy zauważyć, że to była pierwsza sesja tego mistrza gry :)"
    W.. wat? Naprawdę? W takim razie respekt, bo przygoda świetna. Przeczytałem z lekkiej tęsknoty do Wolsunga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak twierdził, ze to jego pierwsza sesja ;) Chyba mu się spodobało, bo się rozkręca ;)

      Usuń