niedziela, 24 listopada 2013

Beamhit Zalicza - Final Fantasy Tactics Advance


W końcu, po trzecim samozaparciu i podejściu, udało mi się przejść Final Fantasy Tactics Advance na Gameboy Advance. I ta pierdoła zajęła mi całe 85 godzin by zaliczyć wszystko.

FFTA to spin-off pochodzący od głównej serii Final Fantasy. Fabuła jest tak trochę w stylu Niedokończonej Opowieści: Nasz główny bohater (wraz ze znajomymi) pewnego dnia w skutek dziwnych wydarzeń przenosi się ze świata żywych do fantastycznego świata, który to wygląda jak świat Final Fantasy. I wszyscy są zadowoleni, za wyjątkiem nas. Jako jedyni staramy się przywrócić porządek (czytaj: wrócić do normalnego świata), a to znaczy, że dawni znajomi (i rodzina) staną nam na drodze.

FFTA to jak nazwa wskazuje RPG Tactics, a jak już nieraz wspomniałem, to chyba mój ulubiony gatunek gier. Kierujesz tutaj swoją własna gildią, do której najmujesz ludzi i którymi wykonujesz przeróżne zadania. A zadań jest tutaj od groma. Podstawowych misji jest 300, a do tego dochodzą zadania poboczne i dodatkowa mini-kampania jeżeli wykonasz wszystkie 300 podstawowych zadań w grze. Te dzielą się albo na te taktyczne, gdzie przy pomocy swoich wojaków musisz rozwalić tych drugich, albo polegające na tym, że gdzieś tam wysyłasz jednego ze swoich ludzi na parę dni.

Dużą zaletą tej gry jest masa opcji związanych z rozwojem swoich postaci. Mamy do wyboru kilka ras i kilka klas (te drugie są zależne od tych pierwszych, i tak tylko człowiek może być ninja lub paladynem, a Viara tylko czerwonym magiem czy zabójcą). Zdolności w danej klasie zdobywamy poprzez używanie odpowiedniego sprzętu, a oprócz tego zdobywamy punkty doświadczenia, pieniądze (czyli fajnolowe Gil) oraz Judge Point (specjalne punkty używane do aktywacji grupowych ataków (combo) lub specjalnych summonów (totema)). Ważne jest to, że możemy dowolnie zmieniać klasy (niektóre jednak mają pewne wymagania), oraz do obecnej klasy podczepić zestaw zdolności z innej klasy. Prowadzi to do tego, że hodujemy sobie dwuklasowców.

Nasze pole bitwy
Ciekawie też wygląda eksploracja świata - sami go tworzymy poprzez umieszczanie nowo odkrytych lokacji na mapie świata. A z czasem będziemy te lokacje podbijać, by włączyć je do naszego terenu.

Cechą charakterystyczną tej gry jest też prawo. Otóż podczas walki pewne działania są zabronione (jak na przykład: zakaz używania kolorowej magii, zakaz używania mieczy, zakaz atakowania potworów) albo nagradzane przez Judge Points. Za pierwsze trzeba zapłacić karę, albo czasami odesłać postać do pierdla. Za drugie, jak napisałem, zyskuje się Judge Points. Nad wszystkim czuwają sędziowie, którzy z miłą chęcią wcisną nam żółte i czerwone kartki. By nie być jednak całkowicie skazanymi na łaskę i niełaskę sędziów, z czasem zdobywamy karty sędziowskie, które pozwalają nam dopisywać własne prawa, albo negować obecne. Prawo nie jest jednak do końca takie złe, gdyż przez to nie ma permanentnych zejść naszych bohaterów. Dlatego uważajcie w Jagds (są trzy takie miejsca w grze), mrocznych miejscach gdzie sędziowie nie odważają się zapuścić, i gdzie śmierć zbiera swoje żniwo.

To naprawdę miła (i długa - przypominam: 85 godzin!) gra. Jednak dalej Fire Emblem jest dla mnie top one. Jeżeli miałbym wskazać jakieś minusy (IMO oczywiście), to:

- Gra potrafi momentami przynudzać, zwłaszcza w późniejszych etapach, kiedy ma się kontrolę nad większością terenów - walki się powtarzają.

- Twoi podwładni są tak naprawdę anonimową bandą. W całym oddziale wyróżniasz się ty (docelowo chłopak o imieniu Marche) oraz Montblanc (moogle, takie cosie co kretyńsko brzmią dla nas polaków, bo co chwilę wrzucają słowo "kupo" do zdania). Brakuje mi tutaj jakiejś takiej indywidualności, jak jest to w Fire Emblem czy Super Robot Wars. Większość indywidualnych bohaterów (jak Ritz czy Babus Swain) przyłączy się dopiero, po zakończeniu głównej kampanii, kiedy to już raczej nie są użyteczni i nie ma już co robić.

Co nie zmienia faktu, ze każdy miłośnik tacticsów powinien chociaż raz zagrać w tą grę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz