czwartek, 10 października 2013

30 Dni z Kryształami Czasu. Dzień 10: Najdziwniejsza sytuacja jaka przytrafiła mi się podczas sesji



Oj, działo się, działo. Pierwsza sytuacja - może nie najdziwniejsza, ale chyba najbardziej żałosna w moim życiu jako gracz.

Oto mój pół-elf gwardzista-czarnoksiężnik. Poziom już gdzieś 3 czy 4. Ma pod sobą dwoje innych gwardzistów (enpecety) i wędruje z jakąś tam drużyną. Jesteśmy w mieście. Dużym, chyba jakiś Ostrogar czy coś. Początek sesji. Idziemy więc sobie całą zgrają przez zatłoczone centrum. Luda kupa, kupa straży, kupa wszystkiego. I stoi tak tyłem do nas jakiś wielki barbarzyńca i tarasuje nam drogę. No to walę go ręką po plecach i mówię coś w stylu "Zejdź z drogi kmiocie, gdy słudzy Katana idą". No to ten się odwraca, i jak mi centralnie krytyka maczugą (obrażenia x10) nie przywali, to nie ma co zbierać już. Moi ludzie, bohaterowie gracze, strażnicy, barbarzyńca i przechodnie - wszyscy jak jeden mąż - wzruszyli tylko ramionami, i każdy poszedł w swoim kierunku. No dobra, drużyna jeszcze zabrała mój ekwipunek, ale już ścierwo moje zostało pozostawione na placu (zwanym pewnie od tamtego wydarzenia Placem Czerwonym).

Koniec historii? Nie.

Idę więc do drugiego pokoju tworzyć nową postać. Połapanie się w tych wszystkich numerach Magii i Miecz było trochę kłopotliwe, więc trochę mi schodzi. I tan narodził się Kapłan Reptilion. Uradowany wracam do reszty drużyny. No i gramy dalej...

Znaleźliśmy jakiś gobelin. Rozłożyliśmy go w jakiejś karczmie, a moja postać go dotknęła. To był jakiś gobelin przeniesienia czy coś. No to wyteleportowało mnie do jakiegoś małego pomieszczenia z jakimś zombie. Jako, że to były czasy, kiedy wychodzenie na stronę (do innego pokoju, kuchni, sracza, korytarza, balkonu) było takie bardzo realistyczne i wskazane, to mój MG wyszedł ze mną na tą stronę, by reszta nie wiedziała co się ze mną dzieje.

No to zaczynam walczyć z tym zombie. I co? I wygrałem :)

Szczęśliwy zauważam taki sam gobelin w tym pomieszczeniu, No to chcę wracać i go macam. A tu zonk - nie działa...

Okazało się, ze drużyna doszła do wniosku, że z tego gobelinu to pewnie za chwilę jakieś demony wyjdą, i go prewencyjnie spaliła. I tak mój kapłan został skazany na powolna głodową śmierć i szaleństwo...

A dziwna sytuacja z moich sesji jako MG?

Drużyna - wiedźminka, elfi wojownik szlachcic i okuty w pancerz krasnolud. Elf i wiedźminka wersje lekkie i zwinne, więc wyprowadzali kilka ataków na rundę. Krasnolud zaś był tak powolny, że wychodziło mu, ze atakuje raz na trzy rundy (tak wtedy interpretowaliśmy zasady, do tej pory nie wiem, czy dobrze to robiliśmy). No i wychodzą gobliny i zaczyna się walka.

Przez te 2 i pół rundy nasza para szybcioszków wybiła wszystkie gobliny oprócz jednego. Jako MG wrzucam ten, no, jak mu tam, realizm i skrzeczącym głosem goblina wołam:

- Poddaję się! Poddaję się!

A krasnolud na to:

- Zaaaa póóóóóóóźnoooo... Wyyyyproooowadziłeeeem aaaataaaak.... (PLASK! - odgłos zabijanego goblina)

Polewkę długo z tego mieliśmy.

2 komentarze:

  1. Hue, hue, a Fronczu zawsze ostrzega, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać "drużynę" a nie bandę patałachów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w tamtym okresie to Fronczu mówił tylko, że w klubie disco można zrobić wszystko. czego skutki było widać na sesji.

      Usuń