sobota, 21 września 2013

[Raport] Apocalypse World - Caramba Story #02



Słońce nad Caramba wstaje. Znowu.

Abe zajął się leczeniem ludzi. Jak co dzień. Vincent zaś się zaczął szwendać. I myśleć o tym, gdzie coś zarobić.

Do miasteczka przyjechał konwój. Zboczył z trasy. Musiał, bo ostatnio ktoś ich napadł i musieli gdzieś uzupełnić zapasy. Przewodził nimi Wolf.

Wolf i część ludzi poszła do Abe, zakupić kilka lekarstw. Akurat przyszli do Anioła, kiedy zajmował się bólami fantomowymi u Łonowca. Właściwie to nie były żadne bóle, i żadne fantomowe. Ale pacjent, to pacjent.

Psychol miał spotkanie z Veto. Szaman coś gadał o mordercy, sumieniu, odkupieniu. I możliwości zarobku. Zwłaszcza zarobku.

Vincent musiał tylko wykraść wszystkie zasoby z Apteczki Abe. By dać mu nauczkę. By pokazać, że jest złym człowiekiem. Jakkolwiek pokrętna była logika w tym, co mówił szaman, Psychol przystał na jego zadanie.

Ale na razie udał się do Mordowni. Spotkał tam Repka (jak zawsze), jakąś obcą kobietę ubraną po wojskowemu i kilku tutejszych. Do tutejszych chwilę później dołączył też Abe.

Anioł z litości kupił coś dla Vincenta. Jakąś puszkę z żarciem. Ten z z radości po przyjacielsku zaczął obmacywać Repka. I wszedł w jego umysł.

Repek to naprawdę nieprzyjemny gość, ale czy ktoś w tych czasach jest przyjemny? Zabił swojego własnego starego, by przejąć po nim interes. Ba, jego ambicje nie kończą się na tym, by sprzedawać wódę. On chce prawdziwej władzy. A gdyby mu zabrać wszystko, odebrałby sobie chyba życie. Nic go tak nie przeraża, jak bycie po prostu nikim.

Kiedy obca dziewczyna wychodziła z Mordowni, do bohaterów doszły krzyki. To Łonowiec wszedł z materiałami wybuchowymi na teren Fabryki Żarcia. Grozi, ze wszystko wypierdoli. A zniszczona Fabryka, to powolna śmierć dla Caramba.

Vincent pobiegł więc szybko do Fabryki. Abe pobiegł po sprzęt i swoich ludzi. Tak na wypadek, gdyby byli ranni.

Na miejscu zdarzenia jest już McDonald. To właściciel Fabryki. Gruba ryba. Dosłownie też jest gruby. Krzyczy i wrzeszczy. Obiecuje bogactwa i cuda wianki. Dla tego, kto uratuje Fabrykę.

Zgłasza się Vincent. I idzie na spotkanie z Łonowcem. Wszyscy wstrzymują oddech. Część się modli. Część sra po gaciach. Szaman wzywa dobre duchy...

Po pewnym czasie z Fabryki wychodzi Łonowiec i Vincent. Tłum oszalał z radości. Wiwatują i podrzucają Psychola. Dzień wcześniej chcieli go wieszać. Dzisiaj będą wieszać Łonowca.

Można powiedzieć, że na swój sposób Psychol polubił Łonowca. Nie był więc zadowolony, że będą wieszać bezrękiego. Nie udało mu się jednak powstrzymać ludzi. Łonowiec zadyndał, a tłum wrócił do Fabryki i Mordowni. Abe nic nie zarobił.

Vincent odciął Łonowca, by go pochować. Mały gnojek otworzył jednak oczy. Takiego Łonowca to jednak trudno zabić. Psychol zdobył oddanego kumpla.

Wolf porozmawiał z Abe. Stwierdził, że jest tutaj ciekawie. Mają tez Fabrykę Żarcia, wiec być może konwój będzie tutaj zahaczał częściej. I ze na pewno jeszcze tutaj tutaj się zjawi ze swoimi ludźmi. Abe, Moxx i Sigmunt mogli wrócić do kliniki.

Niestety, zostali zaatakowani. To dwuosobowa grupka Washingtona w swoim lekkim pojeździe postanowiła zemścić się na Abe. Sytuacja nie wyglądała dobrze.

Grupa postanowiła uciekać w boczną uliczkę. Niestety, Moxx się wywróciła i prawie że została rozstrzelana na środku głównej ulicy. Abe jednak nie okazał się takim skurwysynem jak zawsze. Zasłonił ją własnym ciałem i wciągnął w uliczkę. Mocno jednak oberwał, a widok własnej krwi spowodował, że zaczął panikować.

Vincent przechodził obok, i postanowił skorzystać z zamieszania i potajemnie wbiec do kliniki. Plan wykonał połowicznie. Połowa wykonana to "wbiegnięcie". Niewykonana, to "potajemnie". Nim zniknął w klinice, dostał serię od zbirów. Mocną serię.

Spanikowany Abe kazał coś wymyślić Sigmuntowi. Ten korzystając z okazji, wymógł podwyżkę i lepsze warunki pracy. Tak to jest, że u skurwysynów pracują skurwysyny.

Psychol siedział na podłodze w rosnącej kałuży krwi. Chciał otworzyć się na Wir. Ale to Wir przyszedł do niego. Siedział tak w tej kałuży i wpatrywał się w nagie brudne małe stópki. Stópki stojące w jego własnej krwi. Gdy podniósł wzrok, widział Jamie. Na jej ciele ślady krwawiących cięć. Cięć, które sam zadał. Jej martwe oczy wpatrywały się w niego ze smutkiem. Chciał dotknął ją dłonią, ale nie mógł. I przypomniał sobie, czego tak naprawdę się obawia. Co go przeraża. Zamknięcie w samotności. W małej klitce dwa na dwa. Pozostawiony. Porzucony. Od czasu do czasu odwiedzający go tylko jakiś jajogłowy, który chciałby grzebać mu w głowie.

Abe nie dał rady uciec. Bandziory go przechwyciły. Nie miał wyboru, jak odjechać razem z nimi do Washingtona. Przyszłość nie wyglądała różowo. przynajmniej Moxx i Sigmunt zostali puszczeni. Odjeżdżając ku swojemu przeznaczeniu, trochę odpłynął.

Abe nie może jeszcze zginąć. Nie, dopóki nie dorwie tego chuja Stena. Ten kurwi syn chciał zakręcić się wokół Rebeki, omamić ją, i po prostu wypieprzyć. Nie dała mu jednak dupy, więc ich wrobił. Abe i Rebekę. Abe jednak to przeżył, chociaż nie był wstanie uratować swojej dziewczyny. I nim Abe odejdzie z tego świata, to jednak bardzo chciałby zobaczyć łepetynę tego kutasa nabitą na pal. Zrozumiał też, ze od kiedy odeszła Rebeka, to nie znalazł nikogo na tyle interesującego, by się w kimś zadurzyć.

Sigmunt zaczął traktować klinikę jak już swoją własność. Zdziwił się jednak, kiedy odnalazł Vincnenta. Psychol wydał (znowu) ostatni grosz na leczenie. I słuchał argumentów Moxx, że Abe jeszcze żyje, i by Sigmunt się za bardzo nie cieszył. I przy okazji znalazł miejsce, gdzie Anioł trzyma swoje zasoby. Dobrze zamknięte zasoby. Bez klucza, palnika, piły tarczowej, dynamitu - nie podchodź.

Abe miał wątpliwość poznania Washingtona. To wielki półnagi facet w masce hokejowej (i do tego pewnie Ajatollah Rock'n'roll'a). Czekała go ciężka rozmowa, ale Anioł miał szczęście. Washingtona bardziej interesowało nadchodzące dymanko z jedną z niewolnic, niż zemsta za zabójstwo swojego sierżanta. Abe uszedł z życiem, ale w zamian miał dostarczyć domowej opieki medycznej chłopakom Washingtona. Jak i odpalać część zarobków. Mała cena, za dalszą możliwość dorwania Stena.

Niestety, za powrót do domu musiał dodatkowo zapłacić. Odjeżdżając zauważył, że Benjamin bawi się jego kluczem. Tym kluczem. Kluczem do skrytki, do której bez klucza, palnika, piły tarczowej, dynamitu - nie podchodź. To naprawdę jbył chujowy dzień dla Abe.

Vincent wrócił do domu. Po drodze spotkał jednak jakąś podejrzaną parę. Jakiś facet wymieniał się czymś z jakimś chudym ropuchowatym człowieczkiem. Facet wydał mu się bardzo znajomy.

Abe po powrocie musiał ustalić parę spraw ze Sigmuntem. Właściwie to Sigmunt powinien się cieszyć, że ma jeszcze posadę. Z drugiej strony to jeden z nielicznych mieszkańców, który wie jak się robi lewatywę w tym zasranym miasteczku.

Najgorsze jednak dla Abe było to, ze nie mógł dostać się do swoich zasobów z Apteczki. Ostatnie jakie zostały zużył Sigmunt łatając Vincenta. potrzebował coś lub kogoś do otwarcia tych jebanych drzwi. kiedy tak kontemplował, przypomniał sobie o jakimś tekkniku, który posiadał odpowiednie narzędzia. Mieszkał gdzieś na uboczu miasteczka, na starym złomowisku. Był to Stary Ross, dziwak i odludek. Przypomniał sobie też, kogo tak naprawdę lubił w swoim życiu. Moxx, to osoba która była zawsze dla niego miła, kompetentna i robiła należycie swoje zadanie. Drugą osobą była Ciotka Georgia. Która gdzieś tam jeździ po tym cholernym  świecie, i zarabia trochę tu, trochę tam, a trochę ówdzie (Zły Cień Style).

Vincent tymczasem zastanawiał się, skąd zna tego faceta. i go strzeliło do łba. To Will, kumpel z dzieciństwa, z którym się kiedyś całował po kielichu. Co on robi w Caramba? Najwyraźniej kręci szemrane interesy z Repkiem, i starają się obalić McDonalda i przejąć władzę w Fabryce (czytaj: w całym mieście).

Rankiem Abe udał się do Starego Rossa. Złomowisko Rossa było pilnowane przez dwugłowego psa (Chaos i Zniszczenie). Całe szczęście był na łańcuchu. Czasami trudno walczyć z czymś, co jednym kłapnięciem odgryza ci równocześnie gardło i jajca. Stary Ross był w starym warsztacie. Tylko, że Stary Ross okazał się introwertyczną piętnastoletnia dziewczyną. Na dodatek niezbyt zainteresowaną wyjściem ze swojego własnego świata. W końcu dała się przekonać, by zabrała narzędzia i ruszyła swój małoletni tyłek do kliniki.

Idąc do tej cholernej kliniki, spotkali się z Vincentem. Wywiązała się taka sobie rozmowa. Najwyraźniej Stary Ross miał zbywalny stosunek do wszystkich. No i Stary Ross się wkurwił, gdy Abe nazywał ją panienką i smarkulą. Powiedziała, by się pierdolił, i wróciła do siebie.

I tak szlag trafił opcje związane z kluczem, palnikiem i piłą tarczową. Została tylko opcja związana z dynamitem. Każdy z chłopaków na własną rękę zaczął szukać Łonowca. W końcu gnojek miał ostatnio materiały wybuchowe. Przynajmniej jak go wieszali, to miał je jeszcze na sobie.

Po dosyć dłuższym czasie Vincent znalazł Łonowca w Mordowni. Ten mu dał trochę materiałów wybuchowych, jak kumpel kumplowi. Psychol się przynajmniej dowiedział, że Łonowiec ma dużo materiałów wybuchowych. Zbierał je jego dziad, zbierał i je jego ojciec. Vincent zaproponował więc Łonowcowi, że skoro nie chcą go już w Fabryce, to może zacząłby poważnie myśleć o robieniu interesu z materiałami wybuchowymi.

Abe zaś nie odszukał Łonowca. Za to odszukał Veto. Ten zaczął coś namawiać Anioła, by oddał swoje rzeczy potrzebującym. Ten go prawie wyśmiał. I ostatnią rzeczą jaką pamiętał, to dotyk szamana.

Do mordowni doszły krzyki, że Abe rozdaje cały swój majątek. Wszyscy, łącznie z Vincentem, udali się pod klinikę. Tam w oknie, w samych majtkach, stał na wpół obłąkany (takie sprawiał wrażenie) Abe i rozrzucał swoje rzeczy. Starał się go powstrzymywać Sigmunt, ale słabo coś mu wychodziło. Korzystając z okazji Vincent postanowił zakraść się do kliniki i wysadzić drzwi do skrytki. I prawie mu się udało.

kiedy już miało dojść do wybuchu, weszła tam Moxx. Wybuch na pewno by ją zabił, więc Psychol rzucił się na nią i wyciągnął ją w ostatniej chwili. Wstrząs przynajmniej doprowadził do zmysłów Anioła.

Abe tak stał w tym oknie, ze spuszczonymi majtasami (Monty Python Style), a tłum wiwatował wynosząc kolejne części jego majątku. Szybko wciągnął majtasy i jakiś fartuch na siebie i wybiegł, by ratować część dobytku. Z marnym skutkiem.

Po powrocie zastał przynajmniej otwartą swoją skrytkę i leżącego Vincenta na Moxx. Psychol zwalił wszystko na jakiegoś gościa z tłumu, który najwyraźniej nie lubił Anioła. Abe otworzył się na Wir, i zrozumiał, że dynamit podrzucił ktoś, kogo zna. Ale, ze nie koniecznie musi być to Vincent. Dodatkowo Vincent uratował Moxx. A Moxx to ktoś, kogo Abe lubi. Moxx była zawsze dla niego miła, kompetentna i robiła należycie swoje zadanie. Tylko o innej osobie mógłby jeszcze powiedzieć, że ją lubi - Ciotka Georgia, która gdzieś tam jeździ po tym cholernym  świecie, i zarabia trochę tu, trochę tam, a trochę ówdzie (Zły Cień Style).

Abe i Sigmunt zaczęli odgruzowywać pomieszczenie. Vincent zafascynowany Starym Ross postanowił odwiedzić tekknika. Ta jednak go zbyła twardo. Wzruszając ramionami, ruszył do siebie.

WNIOSKI:

Jak na 3-godzinna sesję (z groszami), wydarzyło się naprawdę wiele. Jak na fakt, że Mistrz Ceremonii (jak przy takiej nazwie nie popaść w samozachwyt?) był zmęczony i na wpół drzemiący, a jeden z graczy bardzo chory, to wyszła całkiem udana sesja. Tak przynajmniej twierdzą gracze :)

Front rozpisany, chociaż nie do końca zostały użyte wszystkie zagrożenia. Najlepiej chyba wyszedł z tego wszystkiego szaman Veto (groteska: władca umysłów). Za to całkowicie na sesji został pominięty wątek Pułkownika (ale pewnie powróci na następnym spotkaniu).

Niespodziewanie na pierwszy plan wysunął się Łonowiec, postać bardzo epizodyczna na pierwszej sesji. Przeżył własny lincz (decyzja graczy - nie miałem jakiejś szczególnej potrzeby ratowania go, czy też zabijania na siłę) i został przez moich graczy nazwany nawet jedną z ciekawszych spotkanych postaci. Kolejny dowód, by nie zakładać niczego z góry w AW.

Jestem zadowolony z nowego nadchodzącego konfliktu Repek i Will vs. McDonald. Konflikt, który wyszedł po części ze strony graczy.

Bardzo dziękuję moim graczom za mile spędzony czas :)

6 komentarzy:

  1. Sporo się dzieje widzę. Miło czytać i inspirować się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - to tylko trzy godziny sesji było. A jak teraz patrzę, tam naprawdę działo się wiele (i co chwilę co nowego). Zawsze gdy akcja przystawała, robiłem swój ruch i gracze fajnie podejmowali swoje działania i szło dalej naprzód z siłą rozpędzonej lokomotywy.

      Usuń
    2. Co do samego opisu sesji - trochę wydaje mi się suchy, miałem też problem z odgadnięciem, które to postacie graczy, oraz z tym kto jest kim tak w ogóle.

      Co do podsumowania - To bardzo fajnie, że dużo się działo. Znaczy, postępujecie zgodnie z podręcznikiem, który mówi wyraźnie, żeby nigdy nie dać graczom zasmakować status quo. Dobra robota!

      Usuń
    3. Po prostu gdybym był dobrym pisarzem, to zamiast prowadzić tego bloga, to bym właśnie odcinał kolejne kupony z trzeciej gry opartej na mojej twórczości literackiej ;)

      Ważne, że ja i gracze się orientują, bo głownie z tego powodu wrzucam opisy sesji (czasami po dwóch miesiącach przerwy nie pamiętamy już, co się dokładnie wydarzyło). Jeżeli komuś chce się to czytać jeszcze (i czerpać inspiracje) to mi miło.

      Usuń
  2. Radek, widzę, że ogarniasz nieźle ten system. Jak na 3h spotkanie to działa się dużo, a z perspektywy kogoś z zewnątrz to w 1/3 zgubiłem się w tej fabule.

    Będę śledził bloga, szczególnie pod kątem wpisów z AW.

    OdpowiedzUsuń