sobota, 7 września 2013

[Raport] Apocalypse World - Caramba Story #01


Abe i Vincent to mieszkańcy Caramba, jednego z nielicznych miasteczek w tej części świata. Pierwszy z nich to Anioł, posiada własną klinikę i dwoje asystentów (Sigmunt i Moxx). Drugi to Psychol łażący po mieście ze swoją rękawicą psychogwałtu i skalpelami. Znają się. Nie lubią się. Są wyjątkowymi jednostkami w tym parszywym miasteczku.

Jest tutaj fabryka, taka gdzie ludzie za psi barter przetwarzają wszystko co się da na żarcie. Jest też główna ulica. Właściwie to jedyne miejsce, które można nazwać ulicą. Stoi tam też stary budynek który był kiedyś małym szpital. Teraz jest to Klinika Abe. No i jest knajpa, Mordownia. Za dużo barteru można kupić tam wódę. A wódy w Caramba brakuje. Tylko Repek, właściciel mordowni, zna sposób na pozyskanie wódy. To niezbyt miły typ, więc jak ktoś mu podpadnie, to wypierdala z Mordowni. A życie bez wódy ciężkie w Caramba jest.

Dzień dla Abe zaczął się normalnie. Towarzyszył mu jeden z asystentów, Sigmunt. Sigmunt to facet po czterdziestce. Seksista. Cały czas kłóci się z Moxx, niezłą laską. Nie jest tajemnicą, że Sigmunt chciałby ją wyruchać.

Abe musiał zająć się Łonowcem. To jeden z pracowników fabryki. Stracił rękę. Nie on pierwszy, nie on ostatni. Bo praca w fabryce jest chujowa i niebezpieczna.

Łonowiec musiał błagać Abe o morfinę. Abe to skurwysyn, ale jest jedynym lekarzem w okolicy. Wie, że jest wiele wart. Ale ma przyjazną twarz. Skurwysyny zazwyczaj mają przyjazną twarz.

No dobrze, Abe może nie jest faktycznie jedyną osobą w okolicy, która potrafi leczyć. Jest jeszcze ten szaman o popsutych zębach. Veto. Czy jakoś tak. Veto i Abe się nie lubią.

Vincent siedział w Mordowni gdy przyszedł tam jakiś człowiek, nazywał się Pułkownik. Szukał kogoś. Kogoś, kto pozwoli mu odkryć tutejszych Brutali. To Zbiry, a w Caramba mają swoje wtyczki. Miasteczka nie atakują, co najwyżej robią tutaj wypady by zrobić zadymę. Rozrywkowi chłopcy.

Vincent dogadał się z Pułkownikiem. Postanowili razem wykończyć Zbirów. Po to, by polepszyło się okolicznym ludziom. Od kiedy Vincent to taki kurwa dobry jest?

Pod klinikę podjechała jakaś półciężarówka, wcześniej objawiając całej okolicy, ze się zbliża. To mały oddział Zbirów. Wkurwiony oddział Zbirów - nie wyszedł im napad, a jeden z ich ludzi jest ranny. Otto zaś największy i najwkurwieńszy z tych Zbirów. On tutaj rządzi.

Wpadają więc do kliniki. Do kliniki gdzie już wróciła Moxx. Moxx to niezła laska, mówiłem już, nie? I nie daje pomiatać sobą. Znaczy ogólnie nie daje pomiatać, bowiem Otto i jego dwóch przybocznych skurwieli to jednostki, którym lepiej dać się pomiatać. Ominie cię gwałt i ołowica.

Krótka rozmowa poparta silnym uderzenie uzmysłowiła Abe, że tym razem nie warto być chciwym skurwysynem. Tą operacje należało zrobić za darmo. No i ta laska co została przy półciężarówce z cekaemem była niewątpliwie dodatkowym argumentem, by nie być skurwysynem.

Operacja się udała, pacjent zmarł.

Vincent przechodził obok kliniki. Zauważył laskę z cekaemem. Wiedział, że to są kłopoty. Zgłuszył i związał ją. Chwil później zauważył, jak przez drzwi kliniki wylatuje ciało Otto. Prosto na maskę półciężarówki. Za Ottem wybiegli przerażeni jego przydupasy - Benjamin i Franklyn.

To Abe postanowił nie czekać, aż Otto się wkurwi na wieść o jego zdechłym człowieku. Abe ma obrzyn. Obrzyn robi dobrą jatkę.

Vincent walczy z przydupasami. Stara się przy pomocy swojej rękawicy dowiedzieć się czegoś o najpodlejszej chwili jednego z nich. Okazuje się, ze został brutalnie zerżnięty przez resztę kumpli. Ładni mi koledzy. Ładni mi bestialscy koledzy.

Przydupasy korzystają z zamieszania, i uciekają półciężarówką. Nie przejmują się już Ottem, który cały czas ładnie dynda na masce. Niech dynda.

Vincent i Abe rozmawiają ze sobą. Abe leczy Vincenta. Znowu Abe jest skurwysynem. Bierze dużo od Psychola. Nie lubią się.

Ich umysły otwierają się na coś nienaturalnego. Widzą, czują i poznają rzeczy, których normalnie by nie doświadczyli. I przypominają sobie elementy, o których niekoniecznie chcą pamiętać.

Nad Otto był chyba ktoś. Ktoś, kto chce teraz wyrwać płuca przez dupę naszym bohaterom. On i jego gang.

Pułkownik tak ładnie gadał. O tym, że trzeba dla dobra ogółu wprowadzić sprawiedliwość. Że trzeba zajebać Zbirów. Dla dobra. Kłamał. Chodzi mu o zemstę. Zbiry zabiły jego ukochaną.

Pierwszym pacjentem który zmarł u Abe to była jego miłość. Nazywała się Rebeka. Nie mógł jej uratować. Był młodym lekarzem.

Pierwszą osobą jaką całował Vincent był Will, jego kolega. Zajebali gdzieś wódę czy inne wino. To była dobra zdobycz. Trochę się upili. Na trzynastoletniego Vincenta nie trzeba było dużo alkoholu. Jakoś tak wyszło. Pocałowali się.

Vincent poszedł do siebie, zaś Abe zaczął zamykać klinikę. Ktoś włamał się do mieszkania Vincenta. Znalazł tam dziewczynkę o imieniu Jamie, która gryzła stary chleb. Ale to nie ona się tutaj włamała. Ktoś ją uprzedził. Vincent znowu dał się ponieść tajemniczej sile. Tym razem nie miał miłych wizji. Widział śmierć, zniszczenie, przemoc. Widział swoje pierwsze zabójstwo.

To była jego młodsza siostra. Katrin. Nigdy się nie lubili. Odkryła, że dla zabawy Vincent wchodzi jej do głowy. Wywiązała się kłótnia. Vincent w szale zabił siostrę.

Kiedy Psychol doszedł do siebie, zauważył że zakrwawiona i umierająca Jamie leży u jego stóp. W ręce trzymał skalpel. Postanowił ją ratować i zanieść do Abe. Miał nadzieję, że nikt go nie zauważy.

Abe chciał spać. Ale nawiedził go Veto. Rozmawiali ze sobą. Albo raczej Veto gadał zagadkami i coś chrzanił o widmie śmierci. Takie tam szamańskie mambo-jumbo. Abe wyprosił w końcu szamana. Jednak na długo spokoju nie zaznał. Do drzwi kliniki dobijał się Vincent.

Jeżeli myślicie, że Vincent tak sobie przeszedł z krwawiącym ciałem na rękach pod tą klinikę, to się grubo mylicie. Zaczął zbierać się tłum, bo ktoś go zauważył. Tłum ludzi lubi sobie czasami kogoś powiesić. Tak mało rozrywki jest w tym świecie.

Abe starał się ratować Jamie. Ale była w takim stanie, że musiałby użyć bardzo bardzo dużo swoich zasobów. Skurwysyństwo znowu wygrało. Anioł jest Aniołem, dopóki nie wystawi rachunku. Wtedy jest Diabłem. Jamie umarła.

Natomiast tłum pod kliniką się ożywił. Trzeba było ich przekonać. Najlepiej dając coś, co mogli przechlać w Mordowni. Dostali więc coś. Tym razem nikogo nie powiesili, poszli rozrywki szukać w wódzie. U tego złego mściwego drania, Repka.

Vincent i Abe się rozeszli. Dalej bardzo się nie lubią. Ale poznali się bliżej.

Tymczasem do Caramba zbliża się oddział. To Waszyngton i jego Zbiry. Kiedyś tam dojedzie...

WNIOSKI:

Wyszło dobrze. Aż sam jestem zaskoczony rezultatem. Może dlatego, że gracze nie są tak bardzo skażeni jedynym słusznym stylem gry.

Najważniejsze jednak (rada dla wszystkich) - pomału, tłumacząc każdy aspekt gry, bez nerwów, można osiągnąć wiele. Im bliżej końca gry, tym gracze lepiej się bawili (takie mam wrażenie) i zaczynali stosować mechanikę na swoją korzyść. Zaczęli bawić się systemem

Pierwsze zabawy w "wędkowanie" wyglądała tak:

- Abe, dlaczego Sigmunt tak klnie pod nosem?
- Nie wiem, może warto go zapytać?

Ale później gracze już sobie trochę lepiej zaczęli radzić z podobnymi sytuacjami:

- Abe, dlaczego te zbiry są takie wkurwione?
- Napad im nie wyszedł, i jeden z ich ludzi został ranny.

- Vincent, kogo widzisz jak wchodzisz do swojego mieszkania?
- To mała ubrudzona czternastolatka, w ręce trzyma jakiś stary chleb który znalazła u mnie.

Złowione przeze mnie rzeczy to: Fabryka, Mordownia, Główna Ulica, Pułkownik (i to, czego chce), Zbiry, nieudany napad, ranny człowiek, Jamie. Dużo jak na pierwszy raz.

Trzy wejścia w psychowir. Trzy różne (+2 dotyczące czym jest psychowir - dla różnych graczy były to różne rzeczy) wredne pytania z mojej strony. Trzy fajne odpowiedzi.

Wyprowadzanie moich ruchów też było fajne i intuicyjne. Vincent spieprzył rzut na psychowir. Mój ruch? Zadaj obrażenia. Oberwała Jamie. I zadałem sobie pytanie - czy ona to przeżyje? Okazało się, że nie - Abe działał pod presją, wyszło mu 7-9. Dałem mu trudny kompromis - ratujesz ją, ale tracisz 4 zasoby z apteczki, albo ona umiera. Wybrał, że umiera.

Minus? Przydałby się jakiś fajny trzeci gracz :) Ale nie można mieć wszystkiego.

Miła odskocznia od klasycznego modelu RPG.

5 komentarzy:

  1. Dałem fajne, choć biorąc pod uwagę, że to AW, powinienem "rzygam". BTW "rzygi" to jedno z częściej użytych słó w podręczniku :).

    To pierwsza sesja widzę, jak idzie po niej tworzenie frontów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z zaleceniami podręcznikowymi, daję sobie chwilę wolnego przed stworzeniem frontów :) Dobrze pójdzie, to następna sesja za tydzień.

      I tak, zastanawiałem się, czy ktoś zaznaczy "rzygam" ;)

      Usuń
  2. Widzę, że ludzie się skusili ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Krew, sperma i rzygi!!!!!!1111

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, słyszałem. Okrzyk bojowy Petry z Polconu :) Znaczy bez tych rzygów.

      Znaczy najwięcej było krwi. Rzygów pewnie też trochę było, bo były żarty, że są w fabryce nowe kanapki z dodatkiem palców Łonowca. Spermy było najmniej. Ale może się zmieni.

      Usuń