czwartek, 12 września 2013

KGB #1: Moja Growa Edukacja


Nie pamiętam ile miałem lat, jak pierwszy raz zobaczyłem kalkulator. Może 4, może 5. Był wielki i ogromny. I bardzo mnie zafascynował. Już wtedy lepiej by było, żeby rodzice odebrali mi to cacko, na którym z takim przejęciem wbijałem kolejne liczby. Niestety, nie zrobili tego. Powiem więcej, mój ojciec chwile później popełnił najgorszy błąd w swoim życiu.

Zabrał mnie do jakiejś budki z automatami.

Dziękuję ci ojcze.

Miałem chyba 6 lat (rok 1984) i ojciec poszedł tam coś załatwiać. Wiecie jak to było za komuny, każdy z każdym coś załatwiał. Ale zwróćcie uwagę na to - lata osiemdziesiąte, niby wielki komunizm, a... salony z automatami do grania istniały :)

Dziwne, ale pamiętam większość gier, jakie tam widziałem. Było tam Centipede, któryś z klonów Space Invaders, Missile Command, jakaś gra gdzie naparzało się dwóch karateków, oraz gra z przytwierdzonym "karabinem" (strzelało się do maszerujących pikseli udających żołnierzy i pojazdy). A to znaczy, że to musiał być naprawdę niezły psychiczny cios dla mojego dziecięcego mózgu.

W tej budce już nigdy nie byłem. Ale...

W Gliwicach mieszkałem niedaleko pewnych podziemi, nazywanych po prostu potocznie starą łaźnią. Tam też znajdował się salon gier. Odkrycie to spowodowało, że często tam robiłem wypady, by poobserwować te wszystkie wspaniałe gry (a i czasami pograć). Był tam oczywiście Donkey Kong, oraz trochę podobna w klimacie gra, Congo Bongo. Były też oczywiście inne nieśmiertelne tytuły z tamtej epoki: Defender, Moon Patrol (tą grą byłem bardzo zachwycony), Ghost 'n Goblins, Bomb Jack czy Pooyan (gra o psychodelicznej Mamie Świnie, która przy pomocy łuku morduje (albo raczej, stara się zestrzelić) wilki chcące porwać jej dzieci). Ale grą, która najbardziej wtedy przypadła mi do gustu, było Elevator Action. Gra w której chodziło się szpiegiem i wykradało dokumenty z budynku. Miodzio.

jako ciekawostkę, dodam, ze w 1986 roku wyjechałem gdzieś z rodzina na wczasy. Nie pamiętam gdzie, pamiętam tylko trzy rzeczy. po pierwsze, był taki urodzaj biedronek, że po każdym swoim krokiem, zabijało się z 10 tych biednych małych stworzonek. Po drugie, byliśmy odwiedzić Biskupin, więc to musiało być w tych okolicach. po trzecie (tak, zgadliście) była tam budka z automatami. Grą która mnie tam zachwyciła to... Pływało się płetwonurkiem który posiadał podwodny motor (czy jak to tam się fachowo nazywa) z limitowanym zapasem paliwa i nielimitowanym zapasem torped. Jego zadaniem było ratować innych porwanych płetwonurków. Co ciekawe, można było opuścić swój pojazd, czy też porywać pojazdy przeciwników. Od czasu do czasu wypływał biały wielki statek podwodny (boss), który robił wrażenie. Dzieciakom tak ta gra się podobała, ze szliśmy się bawić w 'Biały Okręt", zamiast w "Czterech Pancernych" ;)

I tak właśnie wyglądały moje początki. Nie komputer, nie konsola, tylko salony z automatami za czasów komuny. Na koniec chyba tylko wspomnę, że pierwszym własnym sprzętem było Commodore C-64. Co nie powinno dziwić, skoro zacząłem robić recenzje gier z tego starego opiekacza. Jeżeli kogoś by to interesowało, to za niedługo powrócę znowu do katowania was filmikami ;)

Wpis ten jest częścią Karnawału Graczy Blogerów, nowej inicjatywy stworzonej przez Salantora. Tematem pierwszej odsłony jest "Moja Growa Edukacja".

3 komentarze:

  1. "Ale zwróćcie uwagę na to - lata osiemdziesiąte, niby wielki komunizm, a... salony z automatami do grania istniały :)"

    Nie dziwota, to się po prostu opłacało (do pewnego momentu). Ale sprowadzić takie cacko nie było łatwo, oj nie.

    "Jeżeli kogoś by to interesowało, to za niedługo powrócę znowu do katowania was filmikami ;)"

    Interesowałoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już myślałem, ze tylko Neurocide jest moim odbiorcą :)

      Usuń