poniedziałek, 30 września 2013

30-dniowe Wyzwanie WFRP. Dzień 30: Najlepszy mistrz jakiego miałem


Oto i koniec tego pierdolamento, jak to podkreślił jeden anonim. Ja jednak chciałbym podziękować wszystkim, którzy się przyłączyli do zabawy, niezależnie czy pisali ogólnikowo, rozpisywali się naprawdę w dużych ilościach, czy też postowali w 6-, 10- czy 30- pakach, albo pisali wybiórczo lub są jeszcze w połowie drogi.

Tym samym ostatni temat powinien z mojej strony być czymś więcej, niż wskazaniem 'Ten MASTER był najzajebisty". Bo i właściwie mistrzów miałem kilku, a każdy z nich miał swoje mocne i słabe strony. Jak w życiu.

Pomijając fakt, że tak naprawdę grałem mało, gdyż głównie miałem pelerynę mistrza gry (tak kuźwa, zagrywam się obecnie w Cardhuntera).

Dlatego na koniec robię sobie sentymentalną podróż, by przypomnieć sobie każdego mistrza gry, jaki chciał poprowadzić mi sesję.

MISTRZ NUMER 1

Czyli ten pierwszy-pierwszy. Zagrałem u niego całą jedną kampanię (3 lub 4 sesję), czy też raczej dużą przygodę (o której już wspominałem). Wtedy sikałem ze szczęścia niczym młody szczeniak, ale z perspektywy czasu stwierdzam, że to po prostu bardzo liniowe sesje były. Albo uratujecie moją córkę, albo was powiesimy. Wszystkie drogi prowadziły do ratusza. Innych panienek nie dało się z ratusza uratować, bo mistrzowi się tego nie chciało rozwinąć. Enepececi umierali niezależnie od naszych poczynań, wtedy kiedy master uznał to za stosowne. A plusy? Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Bardzo taki brudny i Warhammerowy.

MISTRZ NUMER 2

O, u tego to chyba rozegrałem najwięcej sesji. Był zawodowym punkiem, i ostatnie wieści jakie do mnie o nim doszły, wskazywały, że oddał się całkowicie narkotycznemu demonowi. Co nie zmienia faktu, że fajnie się u niego ogólnie grało. Grałem u niego zarówno Szarym jak i Lambert. Minusy? Za duża fascynacja szaleństwem i upadkiem człowieczeństwa. Oraz gościu się chełpił, jak to graczki u niego płakały podczas opisywania gwałtu na ich postaciach (a my jak te durne fiuty rozdziawialiśmy japy w zachwycie słuchając tych opowieści).

MISTRZ NUMER 3

Tutaj też pograłem trochę sesji. Mistrz był z tych normalnych średnich mistrzów gry, które dawał nam na zmianę przygody dobre i nudne. Miał tego pecha, że akurat na regionalnej mogłem obejrzeć odcinek Dungeons and Dragons zatytułowany Quest of the Skeleton Warrior.


No i pozwolił mi przerobić mojego norscańskiego Siegfrieda na nieumarłego przeklętego kamiennego szkieleta. Czyli jeżeli uważaliście, że tylko Szary był najdurniejszą postacią w mojej karierze, to się grubo myliliście. Minusy? Jak pisałem - średni MG, raz gorzej szło (poprowadził kiedyś najnudniejsze dungeon crawla w jakim miałem okazję uczestniczyć), raz lepiej. Co nie wypaliło? Zaczęliśmy chodzić w szranki i konkury do tej samej panny (i naszej towarzyszki z sesji). Powiedzmy, że to on się wydał tym bardziej.

MISTRZ NUMER 4

Mój wieloletni gracz postanowił kiedyś poprowadzić Warhammera, ale raczej wyszło to bardzo krótkoterminowo. To co zapamiętałem, to jak w Nuln wysadziliśmy całą wielką pakę jakiś narkotyków wymieszanych z afrodyzjakami. Kilka dzielni zaczęła urządzać regularną orgię, z bohaterami w roli głównej. jak się zaczęło, tak się skończyło.

MISTRZ NUMER 5

Kilka sesji rozegrałem jakimś najemnikiem który służył jakiemuś czarodziejowi. Dużo storytellingu, zero rzucania na cokolwiek. Takie tam luźne sesje, chyba trzy i zdechło.

MISTRZ NUMER 6

Mistrz Legenda zabrzańskiego klubu Rivendell. Był dowcipny, dobrze odgrywał enpecetów i każdy chciał grać u niego. To właśnie u niego wykradaliśmy krokodyla z zoo oraz grałem u niego większym herosem niziołkiem. minusy? Było trudno się do niego dostać. Oraz to, ze jak chciał, to bez mrugnięcia oka wybijał całą drużynę. Jak wtedy, gdy dostarczyliśmy jakąś skrzynię magusowi (był w solidnej obstawie). Chciał coś ujarzmić, ale to coś wyzwoliło się na wolność i tak centralnie storytellingowo zaczęło wszystko wyrzynać w pień. Ale jeden z gracz znalazł amulet na dnie skrzyni i wtedy stwór do niego przemówił:

- Słucham cię panie, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
- Powiedz kim jesteś?
- Jam jest Dżin, władca żywiołów. A teraz skoro spełniłem twoje życzenie (i tu następuję storytellingowy opis, jak to Dżin rozpierdala całą naszą drużynę i całą obstawę magusa (magusa rozwalił pierwszego)).

Całe szczęście, mogliśmy wydać Punkty Przeznaczenia. A Mistrz później tłumacz, że jakby ktoś powiedział "Odejdź sobie", to by wszystko się dobrze skończyło.

MISTRZ NUMER 7

Właściwie mogłoby się to nazywać DnD, Savage World lub Exalted. Sesje to był czysty storytelling, gdzie z sesji na sesję chędożyło się z każdym i wszystkim, i to w najprzeróżniejszych kombinacjach. Skończyło się gdzieś na tygrysach.

MISTRZ NUMER 8

Mój ostatni nabytek, z którym sesje skończyły się najwyraźniej szybciej, niż się zaczęły. Jak to pisał LAsz, pewnie klątwa Dupmiasta zepsuła wszystko ;)

I tyle.

A obrazek sobie podkradłem od LAsz'a, ponoć zresztą był dedykowany mojej osobie ;)

4 komentarze:

  1. Tygrysy powiadasz panie? Hmm bardzo ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Za dużo storytela ci serwowali, za mało turlania. Ot. Zarżnięcie drużyny wygląda dużo lepiej gdy dla zmyłki pomachasz troche kostkami. A za tak serio to również dzięki - bardzo dobrze sie czytało te twoje pierdolamento;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po przeczytaniu tej notki nie dziwię się, że nazwałeś bloga tak, jak nazwałeś :P

    OdpowiedzUsuń