piątek, 13 września 2013

30-dniowe Wyzwanie WFRP. Dzień 13: Ulubiony typ labiryntu lub lokacji


Ach, bardzo taki sobie tamat. Ogólnie w Warhammerze nie była za dużo labiryntów. A lokacje? Były różne.

Jeżeli miałbym wskazać jednak lokację która bardzo mi się zawsze podobała, to była to pasterska szopa w Liczmistrzu.

Bo to było tak. Drużyna przemoknięta i podróżująca górskim traktem, spostrzega gdzieś promyk obiecujący schronienie i ciepło. Oto ona, pasterska szopa. No to drużyna ochocza zapindala i wparowuje przez skóry blokujące wejście do środka... A tam skaveny (tak, to były czasy jeszcze bez tego całego "skaveny nie istnieją") , które wpadły na ten sam pomysł co bohaterowie. W tym momencie obydwie strony zaliczały (w mojej historii prowadzenia aż trzy razy!) zonka. I następowały pertraktacje.

Tak, zazwyczaj na moich sesjach rozbudowywałem rozmowy ze szczuroludźmi. I fajnie, że żaden z moich graczy na żadnej z tych sesji nie wypalił na szybko "ja tnę pierwszy!". Przez to spotkanie w pasterskiej szopie było dla mnie (i chyba graczy też) niesamowitym przeżyciem.

2 komentarze:

  1. I ja wspominam pasterską szopę z Liczmistrza bardzo miło. Ta kampania ma bardzo, ale to bardzo, specyficzny klimat, który nie jest powtórzony w innych kampaniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście.

      Z drugiej strony zaś uważam, że część rzeczy była w tym wszystkim niepotrzebna (przynajmniej nie są to rzeczy przydatne dla mnie dzisiaj) - jak chociażby dokładne opisanie każdego mieszkańca wioski ;)

      Liczmistrza prowadziłem trzy razy, trzem różnym grupom, ale ani razu nie skończyłem. I być może dlatego lepiej wspominam Potępieńca, którego rozegrałem całego.

      Usuń