czwartek, 12 września 2013

30-dniowe Wyzwanie WFRP. Dzień 12: Ulubiona przygoda, którą prowadziłem


Bez zbytniego zawijania w bawełnę, najlepiej mi się prowadziło (czemu tylko "prowadziło"? Nie każdy jest masterem, więc chyba warto dopisać "prowadziłem / grałem"?) kampanię Potępieniec.

Poprowadziłem ją całą - chociaż przyznam się bez bicia, pozostały mi w pamięci już tylko jej fragmenty - polowanie na Czarną Strzałę, kugelmatyczną pochwę szybkiego dobywania (i niespodziewanego ataku na jajca) czy walkę ze zmutowanymi sobowtórami.

Ale to co najbardziej pamiętam, to frajdę jaka towarzyszyła mnie i moim graczom podczas tych kilku spotkań.

Czy to znaczy, ze kampania była zajebista? Nie koniecznie. Po prostu będąc młodymi gołowąsami i młodymi sikorkami, z wypiekami na twarzy czekaliśmy na kolejną możliwość powrotu na trakt Starego Świata. Chłonęliśmy wszystko z pasją, jak leci, po kolei.

A później spotkali Drachenfelsa i pozabijałem wszystkie postacie. Klimatycznie, bez kostek. I w tym momencie się zjebało*.

Ale miało być o ulubionej przygodzie. Czyli tak - Potępieniec jako całość był chyba moją najlepszą kampanią, a co za tym idzie, mogę śmiało powiedzieć, że jest moja ulubiona przygoda. Czy też raczej kampanią.

*Ok, zjebało się właściwie później, kiedy każdemu kazałem wydać po 2 PP, by to przeżyli  Pojawiła się ta praworządna demonica, co to przywraca do żywych (pamięć nie ta, więc wybaczcie, że imienia nie przytoczę) i ich wskrzesiła. Od tamtej pory Warhammer się posypał. Były jeszcze jakieś próby w Cieniach nad Bogenhafen, ale umarło w połowie. Ale to dobrze, bo bardzo chciałem (niezależnie od poczynań graczy) zniszczyć to miasto. Czyli i tak na końcu wyszło, że nie piszę o ulubionej przygodzie, tylko jakim railroadowym osłem byłem. Ech...

1 komentarz:

  1. U mnie się jakoś głupio skończyło: graczom wyszły rzuty życia, dwa strzały, finałowy boss leży i kwiczy, po zawodach.

    OdpowiedzUsuń