wtorek, 10 września 2013

30-dniowe Wyzwanie WFRP. Dzień 10: Ulubiona postać, którą nie grałem


Prawie bym napisał jak Adriano. Ale to nudne.

Ok, w trzeciej edycji jednak mam taką postać. Ale jedyny znany mi potencjalny mistrz gry mnie nie lubi, nie zwraca na mnie uwagi, nie odpowiada, nie kocha, i nawet nie pozdrawia. Dlatego mam taką postać, którą nigdy nie zagrałem. Ale o niej później.

Naciągnę teraz trochę pytanie do "ulubiona postać, którą grałeś tylko raz, albo coś nie wyszło w graniu nią".

Taką bohaterką, jeszcze pierwszoedycyjną, była moja pierwsza kobieca (dziewczęca?) postać. Miała piętnaście lat i była hieną cmentarną. Wędrowała razem ze swoim ukochanym starszym bratem z którym razem rozkopywali groby. Farbowała włosy na czerwono i nosiła łańcuszek a'la Gotrek:

Gotrek i jego nosowo-uszny łańcuszek

Wszystko dlatego, że pewnego dnia nasze rodzeństwo zostało uratowane przez zabójcę trolli. Postanowiła więc stać się najtwardszą chłopczycą w tej części Imperium.

Na imię miała zaś... Lambert. Tak, miała męskie imię. W przeciwieństwie jednak do mojego trapera o imieniu Audrey, tym razem był to efekt zamierzony. Koncepcja dziewoi z męskim imieniem wydawała mi się cool. Zresztą do tej pory mi się tak wydaje.

Inspiracja do imienia? Film Alien i nawigatorka Joan Lambert. Tak wiem, to nazwisko. Ale oglądając ten film, coś tak mi do łba strzeliło.

Joan Lambert miała być facetem...
Fajna postać (IMO oczywiście), fajne więzi rodzinne... i nastała pierwsza (i jedyna sesja). Było fajnie, ale gdzieś tak pod koniec niechcący (znaczy tak MG zdecydował) się czegoś nawdychaliśmy i mieliśmy odloty (znaczy ja, mój brat i postać innego gracza). No i mieliśmy te różne wizje, mieszała nam się rzeczywistość z koszmarami, a w pewnym momencie MG zaserwował mi nawet wizję, jak brat się dobiera do mojej postaci. A na koniec sesji brat krzyknął - Ja latam! I poleciał w dół, w jakąś rozpadlinę, na spotkanie własnej śmierci. Bo MG się nie chciało prowadzić enpeceta. Na następnej sesji wróciłem do grania Szarym.

Niesmak jednak pozostał ;) Tak to jednak jest, kiedy gracz nie potrafi przekazać wprost, że zależy mu na jakimś enpececie. Albo gdy nawet przekaże, to MG i tak enpeceta udupi, bo tak jest realistycznie ;)

Dobra, dosyć smęcenia. Pora wrócić do prawdziwego tematu. Ale dodam, że sentyment do chłopczyc, hien cmentarnych i imienia Lambert pozostał.

Po zaliczeniu w kinie 'Templariuszy - Miłość i Krew", dostałem jakiejś takiej wielkiej chęci zagrania takim rycerzem zakonnym. Nawet sobie rozpisałem go na zasadach trzeciej edycji. Był to nowicjusz Morra, ale latał z solidnym pancerzem, z tarczą i mieczem. Nawet zdolności miał stricte bojowe (ha, zróbcie tak w drugiej edycji! Znaczy coś takiego miał Kuzz, ale na wymyślonych zasadach domowych). Nazywałby się Reinhardt. Nazywałby się, gdyby trafił się jakiś misio do trzeciej edycji.


A na koniec ciekawostka nie związana z tematem. Czytając opis filmu z ulotki w kinie, uświadczyłem zdanie "rycerz Arn walczy z Ivanhoe". Niestety, choćbym nie wiem z której strony patrzył, Ivanhoe na ekranie nie znalazłem. Albo opis dotyczył wersji dwuczęściowej, albo ktoś głupio zerżnął opis książek na podstawie których powstał(y) film(y).

4 komentarze:

  1. Fenomen niesamowitej grywalności młotka tkwił właśnie w tym że mozna było łączyć wszystko ze wszystkim - tyle że w jedynce łatwiej niż w dwójce ale też wykonalne chyba. Jak teraz sobie myśle to u mnie mogły być nie homesrule ale chyba kilkaset pedeków na start dla postaci kampanii.
    Ale nie o tym chciałem - o pytanie sie rozchodzi - czy to znaczy że w tredycji też można takie kombosy ugrywać? Bo jak patrzyłem na zawartość na ekranie lapka to raczej mi się mocno sztywna pod względem łączenia profesji tamta gra wydała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle chodzi o łączenie profesji, co łączenie Profesji + Talenty + Akcje.

      W trzeciej edycji masz dostęp do każdej (karty) akcji, jeżeli spełniasz wymagania. Czyli zamiast brać rzeczy pod modlitwy i hokus-pokusy, mogę sobie wziąć coś do lepszego operowania tarczą i mieczem.

      Dla przykładu mój nowicjusz-wanna-be-templariusz może znać na przykład "Warding Cut". Niezbyt mocny atak, który powoduje, ze mój towarzysz walczący z tym samym celem co ja, szybciej odzyskuje zdolności do obrony. W drugiej edycji by mieć podobną zdolność, musisz wejść na odpowiednią (wojskową) profesję. Tutaj nie ma takiej potrzeby.

      Się zastanawiam, czy jak nie skończyć Test Fight dla Złego Cienia, nie wziąć na warsztat trzeciej edycji Warhammera.

      Usuń
    2. Hm, czyli jeszcze łatwiej jak wcześniej. No dobra, a gdzie jest limit takiego miksu klas?

      Weź, weź.

      Usuń
    3. Tworzenie postaci w 3 edycji oparte masz na punktach. Człowiek ma 25 punktów początkowo i cechy na poziomie 2. Za punkty kupujesz cechy (jak chcesz, profesja dorzuci ci jeszcze bonusowo dwa rozwinięcia), startowe bogactwo (4 poziomy - spłukany, biedny, dobrze sytuowany, bogaty), umiejętności (te uzależnione są od profesji, w zależności ile punktów wydasz, tyle umiejętności wybierasz z danej profesji), talenty (teoretycznie uzależnione są od profesji, ale możesz kupić nawet taki, którego teoretycznie nie możesz używać; specyfika systemu, nie będę na razie się rozpisywał na ten temat) i akcje (czyli te wszystkie nasze wspaniałe akcje - tutaj mam prawie dużą dowolność w wyborze, czego chcę, bowiem tylko część akcji ma jakieś dodatkowe wymagania).

      Poziom punktów jakie można wydać na bogactwo, umiejętności, talenty i akcje waha się od 0 do 3. I tak nie wydając żadnych punktów na akcje, dostajemy tylko 1 kartę akcji (oprócz standardowych), a wydając 3 (max) dostajemy do wyboru 4 karty.

      Usuń