niedziela, 25 sierpnia 2013

[Recenzja] Kick-Ass 2


Kick-Ass 2 skopał mi dupę. Miałem wrzucić recenzję, która miałaby być obiektywna, ale nie mogę. Subiektywnie rzecz ujmując po prostu odleciałem i chcę więcej.

Ten przerysowany, pełny przemocy i wulgaryzmu film to było to coś, czego potrzebował mój mózg. I mam gdzieś malkontentów piszących, że film to gówno w porównaniu do jedynki, że film nie trzyma się komiksowej fabuły, że film gloryfikuje przemoc (sarkazm mode on: tak tak, pierwszą rzeczą jaką chciałem zrobić po wyjściu z kina, to wrzucić jakiegoś gościa pod samochód) i że w ogóle do dupy jest, nie to co Zmierzch.

Film to jedno wielkie puszczenie oczka do widza. Autorzy tego dzieła jadą po stereotypach pokazując różne "głupoty" (w ich mniemaniu, ale też i w moim) jakie obserwuje się w dzisiejszej kinematografii i serwują nam jedno wielkie krzywe zwierciadło. Nie można nazywać murzyna ksywą Black Death, bo to stereotypowe i rasistowskie. W filmie musi być homoś, więc jest i homoś. Ostateczne granice zła to zabijanie zwierząt i gwałcenie.

Jest to jeden z tych filmów, obok którego nie da się przejść obojętnie. Ludzie albo kochają ten film, albo nienawidzą.

UWAGA! Jest dodatkowa scena po napisach końcowych.

Mocniaki:

- Motherfucker. Gdyby reszta aktorów wypadłaby słabiej, to Kick-Ass 2 byłby filmem jednego aktora - Christophera Mintz-Plasse. Motherfucker rządzi. Christopher wręcz błyszczy na tym ekranie.

- Hit-Girl. Chloe przestaje być zabójczą lolitką, a staje się zabójczą nastolatką. A co za tym idzie, obserwujemy w filmie jak zaczyna odczuwać potrzeby natury erotycznej.

- Pułkownik. Jim Carey w ogóle nie wygląda, nie zachowuje się i nie gra tak, jak przyzwyczaiły nas Maski, Ace Ventury czy nawet Kocham Philippa Morrisa. To znaczy, dobrym aktorem jest. Aż szkoda, ze odciął się od tego filmu.

- Mother Russia. Nasza typowa twarda zła suka z Rosji. Na dodatek żona stwierdziła, że wygląda ona sexy :P

- Przemoc. Bezsensowna, głupia, przerysowana. I like it.

Średniaki

- Kick-Ass. Nie zrozumcie mnie źle. Wypadł dobrze. Bardzo dobrze. Ale reszta aktorów (czy też po prostu ich historie) wypadła lepiej. Mało było zapadających scen z tym bohaterem, jak to miało miejsce w jedynce. W moim odczuciu główny bohater przestał być głównym bohaterem.

- Reszta łotrów i bohaterów. Część była tylko tłem, część miała swoje role i swoje 5 minut.

- Muzyka. Wadlow po prostu chyba nie chciał eksperymentować i wrzucił do swojego dzieła ścieżkę dźwiękową z jedynki. Tam jednak miała ona swoje znaczenie i dobrze komponowała się z tym, co widzieliśmy na ekranie. Tutaj po prostu istnieje, a Wadlow nieudolnie chce naśladować Vaughn'a powielając jego styl.

- Brak dotyku artysty. W Kick-Ass 1 było wiele scen (IMO), w których biła artystyczna wizja. Big Daddy Kills, scena w holu w wieżowcu,  szykowanie się Big Daddiego i wspólna jazda samochodem Red Mista i Kick-Assa. Nawet ściganie gościa przez chuliganów miało więcej artyzmu, niż większość scen w KA2. Po prostu KA2 to dobra rzemieślnicza robota, film akcji. A szkoda, bo mogło by to być coś ciut więcej.

Słabiaki

- Grają w Częstochowie tylko w jednym kinie...

- ... na dodatek tylko trzy razy dziennie...

- ...i to w trzech chujowych porach...

- ...i tylko chyba przez tydzień.

- Nie ma jeszcze na DvD.

- To już koniec?

- Todd. Augustus Prew wypadł bardzo mdło i nieciekawie (w przeciwieństwie do Evana Petersa z jedynki). O tyle to boli, że Todd odgrywa w pewnym momencie bardzo ważną rolę, ale nawet to finalnie zostało jakoś tak zmarginalizowane.

W ogólnym rozrachunku, film gorszy od jedynki (nie nie, ja wcale nie jestem fanboyem, ja wcale ponad 30 razy nie widziałem tego filmu). Ale i tak jest kurwa dobrze. Idę puścić sygnał wielkiego kutasa z domu burmistrza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz