niedziela, 14 lipca 2013

[Recenzja] Pacific Rim


Lubicie wielkie roboty? Lubicie wielkie potwory? To nie czytać, tylko w te pędy lecieć do kina!

Oto mechy kontra potwory, film przy którym każdy japoński (i nie tylko japoński) otaku sika w majty. Albo i nawala coś cięższego. Ale po kolei - fabuła nie jest odkrywcza, ale za to strawna. Mamy więc inny wymiar, wychodzące potwory ze szczeliny, i wielkie mechy, które muszą być pilotowane przez dwóch ludzików. Czemu dwóch? Bowiem obciążenie dla mózgu dla pojedynczego pilota jest zbyt ciężkie (by nie powiedzieć - mordercze). Niezły zabieg - dwa umysły przenikają się i dzielą się przeżyciami i wspomnienia (chociaż film pomija kwestie, czy drugi pilot dowiaduje się, czym masturbuje się pierwszy, a czy pierwszy dowiaduje się, że drugiego podnieca wąchanie brudnych majtek). Durne w założeniach? Kiepskie? Beznadziejne? No to nie jesteś geekiem i tego nie zrozumiesz. Nie idź na ten film.

Mocniaki:

- Zacznę od... trailera! Jako że mamy ostatnio modę na trailery, które streszczają cały film,  to trailer do Pacific Rim tak naprawdę z fabuły nic nie pokazuje.

- Walki. Walki. Jeszcze raz walki.

- Drugoplanowe postacie. Elba jako szef, Perlman jako handlarz częściami potworów, Day i Gorman jako para nawiedzonych naukowców. Wypadli dobrze - są przerysowani, ale jakże cudowni przerysowani. Elba jest podwójnie zimny i stanowczy, Perlman daje podwójną dawkę cwaniactwa, a naukowcy są nie z tego świata.

- Trzecioplanowi bohaterowie i elementy. Mało mówią czy mało występują... Ale da się ich zauważyć. Są tak charakterystyczni (ruscy, chińskie trojaczki, gościu co wygląda jak małpi król, łysa asystentka Perlmana), że się o nich pamięta po wyjściu z kina.

- Główna bohaterka coś tam wnosi, nie jest dodatkiem do twardego bohatera, nie musi latać w bikini czy z cyckami na wierzchu. Całkowite przeciwieństwo do Lady Jaye z GI Joe.

- Bo Mechy i Potwory. I to zrobione dobrze.

- Bo żarcie w tym świecie jest na kartki ;)

- Bo GLaDOS.

- Bo po wyjściu z kina miałem tylko jedną myśl - chcę zagrać w Cthulhutech. Mastera! Królestwo za Mastera!

- 3D zrobione dobrze i nie męczy.

Średniaki:

- Główni bohaterowie. Ich gra jest poprawna, ale według mnie to drugoplanowe postacie błyszczą na ekranie. Chociaż Rinko Kikuchi przypominała mi Faith z Mirror's Edge, i dlatego ma trochę większego plusa u mnie, niż Hunnam.

- Trochę końcówka. Już widzę oczami wyobraźni te narzekania mhrocznych i cierpiących geeków.

Słabiaki:

- Bo to nie jest film dla każdego... :(

- Bo to jest film o jednym mechu. A szkoda, bo chciałbym trochę więcej akcji z pozostałymi puszkami.


Fapujesz do Evangeliona? Córce dałeś na imię Godzilla? Grywasz tylko w takie erpegi jak Cthulhutech czy Mecha vs. Kaiju? Idziesz. I przygotuj się na orgazm swojego życia. Z czterech ostatnich filmów z elementami SF które widziałem (Iron Man 3, Niepamięć, GI Joe 2), to Pacific Rim wygrywa w przedbiegach.

I mały spoiler na koniec - jest scena końcowa po napisach. Czyli zewrzeć poślady i oglądać do końca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz