piątek, 8 marca 2013

[Recenzja] Warm Bodies


Historia jest prawie typowa. Pewnego dnia pewien R(omeo) poznaje Julię i się w niej zakochuje. Prawie to jednak duża różnica. W tym przypadku nasz R(omeo) przed zakochaniem się w Julii, wyżera mózg jej poprzedniego chłopaka.

Było wiele romansideł i ogólnie nie jest to gatunek który mam ochotę oglądać. A moja lepsza połówka też nie jest zwolenniczką przełzawych historyjek. Woli oglądać filmy z wielkimi facetami, którzy wielkimi toporami / maczetami / nożami / piłami masakrują amerykańską gówniarzerię. Ale to chyba trailer zachęcił nas, by zaliczyć historię o miłości. Z zombie na pierwszym planie.

Jak wypadło? Szybkie przemyślenia, bez zbytnich spoilerów.

Mocniaki

- Główny bohater "R" (grany przez jakieś nowe bożyszcze nastolatek, bo kolesia nie kojarzę) jest fajny. Według mnie koleś zabójczo zagrał żywego trupa. Dodatkowo prawie cały czas rozmawia z widzami (rozwala 4 ścianę). Jest zabawny. Jest słodki. Jest biedny. Przyrost nekrofilek na świecie zwiększył się o ponad 9000! (% ofkorz). Warto też zauważyć, że bohater ogólnie wie czego chce. Chce laski. W przeciwieństwie do innych romantico bohaterów, którzy by z jednej strony chcieli, z drugiej muszą odejść, a z trzeciej cierpią, "R" wie, że chce.

- "M", kumpel "R". Prawdziwa martwa... znaczy męska przyjaźń. Aż trudno w to uwierzyć, jak dobrze faceci się porozumiewają tylko pomrukując do siebie.

-  Ujęcia i kolorystyka. Była taka... komiksowa. Kojarzyło mi się miejscami z Watchmen. Pozytywne wrażenie.

- Muzyka. Dużo klasycznych kawałków. Dobrze dobrana. Prawie non-stop coś zasypywało nas z głośników.

Średniaki

- Fabuła. Ogólnie ujdzie. To horror-komedia romantyczna, nie Watchmen. Dużo uproszczeń i kilka rozwiązań z czapy. Ale ujdzie.

- Takie sobie tempo filmu. Bywały dłużyzny. Można wręcz powiedzieć, że tempo momentami zombiacze. Ale znowu - to horror-komedia romantyczna, nie zaś Niezniszczalni 2.

- Główna bohaterka. Była taka sobie. Nie była jednak na tyle słaba, by być w słabiakach. No i nie cierpiała, nie melodramatyzowała, i nie wypowiadała przełzawych sekwencji.

Słabiaki

- Kości (Bones), tłumaczone u nas jako kościotrupy. Ostatnie przerażające stadium bycia zombie. Pokazane w przerażająco sztucznym CG. To już postacie z  Robot Chicken wyglądały bardziej realistycznie. By nie napisać - żywo.

- Perry. Nudna postać, która jak na trupa dużo się nagrała. Za dużo.

- John Malkovich - zagrał nudną postać w nudnym stylu. Dobrze, że miał krótką rolę. Tak krótką, że większość jego kwestii można przesłuchać zaliczając dwa trailery. Na tym poziomie dowolny hollywoodzki dziadek mógł to zagrać, i to pewnie za 1/10 gaży. Chociażby taki Daniel Olbrychski, który przed seansem wpierdalał polskie jabłka. A należy zauważyć, że bardzo dłuuuuuugo je wpierdalał. Z 15 minut.


Pytanie czy warto? Według mnie warto. Nie jest to arcydzieło, ale jako romansidło dla nerdziaków bardzo miłe.

3 komentarze:

  1. Najładniejszy zombi jakiego widziałam. Dobra recenzja zachęca do obejrzenia filmu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra obiektywna recenzja. Chyba skusze się do obejrzenia filmu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szukałam yaoi z WB a trafiłam ta fajną recenzje.

    OdpowiedzUsuń